Category: Perypetie Mazurskie

  • Jak niebo

    Z łazienką nic nie wyszło, ale coś tam się powalczyło z innymi rzeczami. W ciągu tygodnia przyszły gadżety i sukno do stołu, normalnie lepiej jak gwiazdka. I kije i bile i różności i niebieściutkie płótno. No i żeśmy je pociachali i zaczęli obijać bandy i wyglądają ślicznie. Teraz czekamy tylko na zamówioną wcześniej szpachlę do kamienia i w przyszły weekend chcemy sobie pograć.

    Gosia w pracy tak skutecznie zagaduje techników, że Ci jej odblokowują wszystkie prawa w systemie i tak już od środy ma dostęp do wszystkiego i wszystkim się może zajmować. I zajmuje z typową dla niej stresową delirą.

    W czwartek zamiast ćwiczyć to poszła za to pić z Anią i wspominać panieńskie czasy w Smętku.

    A ja zrobiłem 30 basenów. Siatka na koniec tygodnia nam nie wyjszła, ludzie się wykruszyli… Ale żeby nie poszło na marne, to wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Kuby się posaunować. Do tej pory zawsze uważałem, że najlepszym chłodzeniem po saunie jest wiadro bosmanskie… ale wytarzanie się w śniegu to przebija. Potem jeszcze partyjka planszówek i wróciliśmy do domu w którym zastaliśmy gościnnie Miłosza z Olą.

    W sobotni wieczór mama Gosi obchodziła piećdziesiąte urodziny, więc imprezka musiała być. Tym razem nie teść, ale konieczność picia z innymi i znowu się trochę wstawiłem. Bywa.

    W pozostałem wieczory ja nadal siedziałem i siedzę nad projektem testowym – zostało mi parę dni na dokończenie w stopniu wystarczającym miejmy nadzieję i kolejna rozmowa techniczna… A Gosia z tatą siedzą nad fakturami, Gosia powolutku przejmuje księgowość w firmie.

    I bym zapomniał o najważniejszym, podpisaliśmy w końcu kontrakt z LogicSpot i wystawiliśmy pierwszą fakturę. Karolina opłaciła ją w tempie błyskawicznym i mogę kupować komputer.

  • Śpimy jak ludzie

    Tydzień minął niepostrzeżenie i już kolejny weekend i też mija… przy pracy niestety, bo dalej ciągnę proces rekrutacyjny TopTala. Projekt z grubsza rzecz biorąc niezbyt trudny, ale niektóre jego elementy bardzo. No i siedzę po godzinach… A wcześniej w tygodniu jak zwykle praca, jakiś basenik i siatka.

    W końcu po miesiącu oczekiwania przyszło do nas łóżko, godzinka składania i pokój już w zasadzie jest w stanie zakończonym. Teraz musimy pociągnąć łazienkę – ale to może w następnym tygodniu.

  • Dzień babci

    Gosia się wypięła na dziennik i każe mi samemu myśleć co się działo. Z mojej pamięci nie działo się nic od poniedziałku do piątki oprócz standardowej pracy.

    W sobotę pojechaliśmy szukać stolika do biura, dorabiać klucze i zakupy. Zeszło nam cały dzień jak zwykle, ale wieczorem znalazłem chwilę czasu i w końcu rozebrałem stół bilardowy. Sukno zdarte, poziom zniszczeń oceniony. Teraz tylko kupić nowe i jakoś je obić.

    Jako, że w jutro Dzień Babci to dzisiaj wybraliśmy się do Ostrowi. My z jednej strony, a Miłosz z Olą z drugiej – i spotkaliśmy się na środku. Posiedzieliśmy trochę, zjedliśmy obiad i udało nam się spotkać z Grzesiem, pogadaliśmy chwilę o tym jak popchnąć budowę domu. Wieczorem natomiast spotkaliśmy się z Pawłem Łoniewskim, prawdopodobnym wykończeniowcem naszego mieszkania. Umówiliśmy się na rezerwację terminu, a szczegóły będziemy dogadywać później.

  • Gosiowa praca

    Tydzień pod znakiem pracy Gosiowej. We wtorek zaprosili ją na rozmowę do Ełku, a już w czwartek pojechała na parę godzin, a piątek już cały. Nie wiadomo stuprocentowo co z umową, ale może jakoś to pójdzie. I tak Gosia pracuję w FanTexie i być może spróbuje załatwić nam internet!

    Aktywnie troszkę mniej, na basenie tylko mama z Gosią, bo razem z tatą ugrzęźliśmy w pracy. A piątkowa ekipa na siatkę się nie zebrała, więc lenistwo. I brzuch rośnie.

    W sobotę wieczorem odwiedzili nas teściowie – ale nie doszliśmy do konsensusu co było w butelce… albo wiśniówka, albo malinówka. Ale i tak dobre. No i okazało się, że tata oficjalnie zakończył pisanie kroniki Liskowej, teraz zostają już tylko nasze perypetie. Po niewielkich usprawnieniach podzielimy się z nimi owocami mojej pisaniny.