I od czwartku tydzień zaczniemy. Pączki, pączki, pączki. Pączki w pracy, pączki w domu. Oczywiście człowiek nie wytrzymał i zeżarł. I żeby to jednego…

W piątek załatwiłem geodetę, potrwają trochę wszystkie formalności, ale to nasz drugi poważniejszy krok w kierunku budowy domu, po uzgodnieniu Grzesia jako architekta. Zaś wieczorem, wsiedliśmy z Gosią w samochód i prosto po pracy popędziliśmy do Białegostoku na konsultacje u chirurga w sprawie mojego znamienia na kolanie. Błyskawicznie się dowiedziałem, że się tego nie podejmie i zasugerował, że onkolog powinien mi wystawić skierowanie na zabieg. Przynajmniej kasy nie wziął. Na pocieszenie dodam, że chociaż udało nam się spotkać z Anią i Piotrkiem, więc wypad nie zakończył kompletnym fiaskiem.
W weekend dalej trwały prace łazienkowe, tata w zasadzie pomocy nie chce, bo miejsca tam mało, ale trochę chociaż posiedziałem i podawałem narzędzia. Załatwiliśmy też wypad do Ełku i kupiliśmy płytki i całą resztę rzeczy remontowych. Umyliśmy też Kię mamową, w przygotowaniu do wystawienia ogłoszenia o sprzedaży.
Po powrocie przywitaliśmy się z Miłoszem i Olą, którzy wpadli na odwiedziny weekendowe, a wieczorem uroczyście zainaugurowaliśmy stół bilardowy. Bile się błyszczą, płótno piękne, aż przyjemnie się gra :)
W niedzielę zaczęliśmy terraformowanie Marsa. Zakończyło się wygraną moją i niestety gra się przedłużyła na tyle długo, że nie udało nam się odwiedzić po raz kolejny basenu oleckiego. Tylko tata się nie wyłamał i po partyjce squasha zrobił parę długości na pustym basenie. Na wieczór kolejne wyjście, Gosia zgodziła się pofarbować włosy Brygidy, dziewczyny Krzyśka (swojego brata). Później jeszcze odwiedziliśmy teściów, żeby wypić kolejkę za zdrowie teścia i Gosi – oboje mają urodziny.



