Category: Perypetie Mazurskie

  • Powiedzenie mówiło o sadzeniu…

    A ja w weekend zabrałem się za wycinkę. I pierwsze drzewka stojące na przyszłym placu budowy domu już wycięte. Gosia znów się zabrała za porządki wiosenne, tym razem bez odcisków.

    Remonty nie kończą się nawet kiedy już w domu nie ma roboty (jasne, zawsze jest). We wtorek poszliśmy do teściów, żeby pomóc im z odnowieniem kuchni. Malowanie załatwiliśmy na wieczór, a oni sami następnego dnia wymienili meble i wykładzinę. No i kuchnia jak nowa.

    W weekend kilka imprezek, najpierw piątkowa w Starych Juchach u Krzysia i Brygidy na urodzinach, a w sobotę wieczorem razem z odwiedzającymi Miłoszem i Olą pojechaliśmy do Kuby. Tam w 6 razem z Patrycją zagraliśmy sobie w planszówki, a oprócz tego Gosia ululała się drinkami tak, że większość niedzieli przeleżeliśmy. Przypomina się Londyn.

    Oprócz sprzątania i imprezowego weekendu w sobotę rano pojechaliśmy do Suwałk obejrzeć Kię Stinger. Szkoda, że ją sprzedali… Ale nową mają mieć niedługo i nawet się będzie można przejechać. A naprawdę poważnie zastanawiamy się nad opcją wynajmu długoterminowego…

  • Prysznic!

    Oficjalnie zakończyliśmy prace łazienkowe. No, zostało jakieś czyszczenie, może trochę silikonu – ale prysznic z brodzikiem i drzwiami jest. Szafka z oświetleniem i dużym lustrem jest. Łazienka pomalowana. Zajęło nam to równo miesiąc.

    W sobotę z samego rana zapakowaliśmy się do samochodu i zrobiliśmy wycieczkę do Ostródy na targi ogrodnicze (miały być też wnętrz i inne, ale jakoś się chyba rozejszło). Pooglądaliśmy sauny i banie, jakieś nowe technologie budowy domów, kupiliśmy kurtkę skórzaną (no bo gdzie indziej? jak nie na targach ogrodniczych), no i zapełniliśmy bagażnik roślinkami.

    A dzisiaj korzystając w pięknej pogody ja zamknąłem się w łazience i kończyłem prace, a Gosia poszła w ogród razem z rodzicami. Sadząc, grabiąc, paląc i gotując wszystko na przyjście wiosny. Bo pogoda piękna, słoneczko, ciepełko. Aż chce się w łazience siedzieć.

    UPDATE Po roku :) Ta dobra knajpa -(Karczma Warmińska), co to w niej się stołowaliśmy po targach – to w Gietrzwałdzie była :)

  • Zdrowiejemy

    Aktywność zerowa, ale dalej nie całkiem zdrowi, więc więcej lenistwa.

    W środę imieniny mamy. Dostała od nas rączkę szczoteczki, do tej co sobie popsuła. Świętowaliśmy delikatnie przy winku, imprezę zostawiając na sobotę.

    W piątek pojechaliśmy do Warszawy wrócić pod opiekę Tomka. Wizyta załatwiona błyskawicznie, ale chyba nas nie pamiętał, bo znowu mówił przez Pan. Parę badań zleconych (kolejny przyjazd do Wawy się szykuje) i skierowanie na wycięcie znamienia na kolanie. Powrót z zahaczeniem o centrum handlowe, w końcu kupiona szafka do łazienki – zamontuję ją w ciągu tygodnia.

    W sobotę rano zawiozłem Gosię do fryzjera i dentysty. Wróciła z włosami krótszymi o dobre 10 lat wstecz… dobrze, że z zębami wszystkimi…

    W łazience dalej rozpiernicz, ale coraz bliżej końca.

  • Pożegnanie Pana Rysia

    Tydzień zaczęliśmy dość przyjemnie, bo od urodzin Gosi świętowanych na kolacji w Restauracji Małej.

    Niestety, środek i koniec minął już w troszkę smutniejszej atmosferze, bo w środę wieczorem zmarł pan Rysio Żebrowski po dłuższej chorobie. No i się mama rzuciła w wir pomocy, a w sobotę wszyscy wraz z Miłoszem i Olą pojechaliśmy do Juch na pogrzeb.

    Mnie w czwartek jakieś choróbsko zaczęło brać na tyle mocno, że w piątek pracowałem z domu, a większość weekendu przeleżałem pod kocykiem. I mam nadzieję, że odpuści.

    W sobotę okazało się, że w Liskach na tydzień jest Emilka, więc Gosia w ramach odnawiania znajomości przegadała z nią cały wieczór.

    No i to byłoby na tyle. Łazienka dalej rozwalona, ale już gotowa na położenie płytek, arkusz gospodarki planowanej wzbogacił się o motywacyjne kolorki, więc miejmy nadzieję, ze wszystkie plany się ułożą.