Category: Perypetie Mazurskie

  • I dalej Włochy

    Już prawie w piątek się pakowałem do powrotu, ale niestety wujek wieczorem miał kryzys i zdecydowałem, że zostanę jeszcze tydzień. Bo niestety, nie jest z nim dobrze, typ guza który ma, jeśli nie zostanie zoperowany daje bardzo niewielkie szanse na wyleczenie. A czy będzie mógł być zoperowany? okaże się dopiero w przyszłym tygodniu.

    Na szczęście po piątkowym kryzysie, leki zadziałały i wujek poczuł się znacznie lepiej. Na tyle, że znowu pojawiła się możliwość jego powrotu do domu, do czasu pełnej diagnozy. A ja już na pewno będę do domu wracał w następny weekend.

    Sam tydzień mi i mamie minął dość nudno – ot praca, szpital, szpital, praca, koty. Starając się wypełnić zobowiązania i dla Londyna i Waszyngtona. Jakoś na szczęście udaje mi się żonglować na tyle, że w wczoraj korzystając ze słoneczka które nareszcie się pokazało pojechaliśmy na godzinkę nad morze. I pomimo dziwnych spojrzeń Włochów musiałem się oczywiście wykąpać.

    A propos domu. Tam Gosia i tata dzielnie dają sobie radę. Gosia, po dłuuugiej przerwie sama jeździ samochodem i narzeka na parkowanie, a w międzyczasie zajmuje się domem i mieszkaniem. Odebrała klucze, załatwia parapety, płot w Liskach, sprzątanie i oporządzanie domostwa i tak dalej. Dumnym i chciałbym pomóc, a tu tylko jakieś niewielkie ewentualnie sugestie mogę dawać.

  • Problemy u wujka Tadka.

    No i jestem we Włoszech po łącznie 20 godzinach jazdy. Niestety, ale w czwartek spadła na nas nieoczekiwana wiadomość, że wujek Tadek bardzo poważnie zachorował – prawdopodobnie rak wątroby. Leży teraz w szpitalu, a ja razem z mamą zapakowaliśmy się w sobotę rano do samochodu i ruszyliśmy go wspierać. Początkowo chcieliśmy nawet jechać bez przerwy, ale ostatecznie okazało się, że Donatella nie może spotkać się z nami rano, żeby przekazać klucze do mieszkania, dlatego przespaliśmy się po drodze.

    Teraz tylko czekanie na ostateczne diagnozy i plany leczenia i wszyscy mamy nadzieję, że będzie dobrze…

    Poza tym nic nowego chyba…

    Ja tylko dodam, że w środę Psy przeszły zabiegi fryzjerskie i już nie mamy podwórkowych niedzwiadków

  • Pucharów nie ma

    Ale i tak jest zajebiście. Bo jak inaczej określić to, że się wczoraj wybraliśmy do biblioteki plus na szybkie zakupy, a wyszło tak, że Gosia na ostatnią chwilę załapała się i wróciła z medalem za drugie miejsce w biegu jaćwieskim na półtora kilometra. A tak się zarzekała, że nie w formie i nie będzie biec. Mocno się wysiliła, ale radę dała. Szkoda, że bez pucharu, ale medal i dyplom też śliczne.

    Biblioteka to kolejny powód do domu, bo po miesiącach męczenia jednej pozycji Gosia ją zmęczyła i w końcu mogła zmienić. I chyba zraziła się do autorki na tyle, że więcej jej czytać nie będzie.

    Teść odwieziony do Białego – w poniedziałek się operował, a w środę sam już wrócił do domu. Dzielny.

    We wtorek rano razem z geodetą potwierdziliśmy granice Lisek. No mamy pas szerokości dobrych 6 metrów do dalszego ogrodzenia. Fajnie tak jak więcej terenu się znajduje.

    Pod koniec tygodnia dość nieoczekiwanie wyszło nam krótkie spotkanie z Czaplickimi, którzy też przyjechali wykańczać mieszkanie. Krótkie niestety, albowiem tego samego dnia w odwiedziny do Polski zjechał Robert z Londynu i trzeba było go odebrać i zaraz później posiedzieć z nim i resztą rodzinki przy kolejnym grillu. Chlodniejszym tym razem, bo zapowiada się, że w końcu coś u nas popada.

    Reszta spraw dość standardowa. Dalej praca normalna i nadgodzinowa, dalej człowiek leń z kolanem tyje.

  • A głupota jednak boli

    Tak czekałem na to zdjęcie szwów. No i zdjęli we wtorek. I taka śliczna malutka blizna się zapowiadała… Ale jak w gościach Filip z Magdą oraz Grześ i Miłosz… i się zapowiadała TAKA siata… no to się wybrałem. I wylądowałem w szpitalu z ponownie otwartą raną… I już blizna nie będzie taka ładna, a do tego zafundowałem sobie kolejne 2 tygodnie uważania na stripy… Głupi.

    Mieliśmy bardzo ambitne plany na przetwarzanie gałęzi metodą mechaniczną, a nie chemiczną. Kupiliśmy rębak. I popsuliśmy go po 2 minutach – ale to chyba jednak nie nasza całkowita wina, bo pasek nie powinien się tak obracać. A gałęzie jeszcze sobie poczekają.

    Już we wtorek zjawili się goście i już od wtorku zaczęliśmy niekończący się ciąg ognisk grillowych, które kontynuowaliśmy aż do soboty. Przerywane jakąś pracą, planszówkami, bilardem i Quizem. Bardzo miły weekend majówkowy.

    A już w środę Gosia przebiegła Runmageddon. W ekipie dość niespodziewanej, bo nie z tatą, a z Filipem którego wprowadziliśmy trochę nielegalnie. Poszło im ładnie, żadnych strat (a nawet pewne zyski w postaci siniaków i zakwasów), a my pokibicowaliśmy i umówiliśmy się na przyszły rok.

    Dzisiaj niestety sobie nie pospaliśmy, ponieważ na rano odwoziliśmy tatę Gosi do szpitala na naprawę ramienia. No i przy okazji spotkaliśmy się z Anią i popatrzyliśmy na półmaratonistów.