Category: Perypetie Mazurskie

  • Nowy Szewczyk w rodzinie

    Tydzień minął najpierw pod znakiem zębów Gosi. W poprzednim tygodniu zaczęło ją pobolewać, a w poniedziałek się tak rozbujało, że awaryjnie wylądowała u dentystki. Okazało się, że pod porcelanową wstawką zaczęła się jakaś infekcja. Do czyszczenia i leczenia. W sobotę kolejna wizyta, a następna za miesiąc.

    We wtorek znak tygodnia się zmienił. Po pierwsze urodził się Leon Jerzy Szewczyk i rodzice stali się dziadkami.

    I również we wtorek na stół operacyjny poszedł wujek Tadek. Operacja ponad 11 godzin, wycięty spory kawałek wątroby razem z rakiem, poodtwarzane wszystkie drogi żółciowe, żyły i cała reszta. Niesamowite jest to, że już w czwartek kazali mu wstawać, a w piątek już sam chodził, jak gdyby nigdy nic, tylko w towarzystwie rożnych worków. Aby tylko tak dalej zdrowiał.

    W sobotę oprócz wizyty u dentysty odwiedziliśmy również dwójkę stolarzy na wycenę kuchni, w obu przypadkach w okolicach dwunastu tysięcy. Drogo, jak na mieszkanie pod wynajem. Po wszystkim, wczesnym popołudniem zapakowaliśmy się z mamą i pojechaliśmy odwiedzić Warszawiaków i przy okazji zakupów wyceniliśmy kuchnię marketową Na siedem tysięcy… No to się chyba zdecydujemy.

    Do Warszawy zapakowaliśmy się tylko w trójkę, albowiem tata, w związku z parodniowym wypadem służbowym do Szwecji w niedzielę, nie chciał tracić całej soboty na podróże. No i nie stracił, bo jak wróciliśmy to się okazało, że praktycznie zakończył już prace chodnikowe i mamy śliczną ścieżkę od frontu, aż do ogrodu zimowego.

    Nawiązując dalej do mieszkania, remont w pełni. Wybieramy płytki do kuchni i przedpokoju, łazienki się budują, panele wybrane i zakupione. Coraz bliżej stanu w którym w zasadzie można by myśleć o wyposażeniu mieszkania. W pełni stoi natomiast płot…niestety w tym gorszym znaczeniu, gdyz wysokie slupki pod boisko okazują się być dużym problemem i mamy już tydzień opóźnienia. Zobaczymy co będzie w przyszłym tygodniu.

    Niedzielny dzień ojca, wyglądał tak, że tata Szewczykowy dostał tylko butelkę trunku w ramach przedprezentu przed zażyczoną sobie myjką ciśnieniową. A tata Dąbrowski dostał dużego porządnego grilla i wieczorne towarzystwo dzieci ;)

  • Płytki…

    Tak fajnie się na wizualizacji ogląda duże płytki. Tak prosto się czyta ich wymiary na kartce. A tak ciężko cholera się je wnosi na trzecie piętro. Bez windy. Sami z Gosią się byśmy chyba zajechali, lub wrócili z częścią materiału z powrotem do domu… ale na szczęście pomogła mama (ojciec urlopował się na żaglach) i rodzice Gosi z Damianem. Jakoś wspólnymi siłami daliśmy radę :)

    To było w sobotę. Oprócz płytek pojechaliśmy jeszcze do Orzysza obejrzeć kamienie na ewentualne blaty do łazienki. Nie wiemy jeszcze jakie dokładne, ale właściciele zaprezentowali nam ogromną ilość wyborów i pewnie coś weźmiemy.

    A oprócz soboty? Jedynym chyba wartym wspomnienia wydarzeniem było odrzucenie przez Gosię oferty pracy w Urzędzie Gminy. Stanowisko nie to, wypłata też słaba. I się chyba zadomowiła Gosia w Fantexsie i tam też przynajmniej na razie zostanie.

  • Parapety!

    W Warszawie w tym tygodniu byliśmy nawet dwa razy. Raz we wtorek na badania – w zasadzie ok, ale jakiegoś polipa USG wykryło na woreczku żółciowym – do obserwacji. Oprócz tego zajechaliśmy do Przemków którzy nas nakarmili i Miłosza z Olą, żeby ich zobaczyć jeszcze przed porodem. W trakcie jazdy odezwali się Jason z Chantelle i okazało się, że w w sobotę będą w Warszawie na parę dni. Po szybkich konsultacjach rodzinnych bliższych i dalszych decyzja została podjęta i w sobotę znowu byliśmy w stolicy. Razem z naszymi Angolami oraz Filipem z Magdą wjechaliśmy na Pałac Kultury i Nauki, połaziliśmy po starym mieście i popiliśmy w barach. Fajnie było się z nimi spotkać.

    W piątek natomiast udało się Gosi wydębić montaż parapetów w mieszkaniu. Przyjechało dwóch miłych Panów i już mamy zamontowane śliczne brązowo-granitowe parapeciki. Można by robić imprezę, ale chyba jednak się wstrzymamy jeszcze troszkę.

    Gosia w ciągu tygodnia została mocno zaskoczona telefonem od wójtowej. Okazało się, że zwalnia się pozycja w urzędzie gminy w Juchach i zgodnie z ustaleniami zaproponowała pozycję Gosi. No i zrobiła zagwozdkę – Fantex z fajnymi ludźmi i zadowalającą wypłatą, czy urząd w pewnym zatrudnieniem i bliskością? Trudna decyzja.

  • Z powrotem w domciu

    Wujkowi się troszkę poprawiło. Dreny działają, leki też – już mniej żółty, uśmiechnięty. A i nam lżej, bo profesor podjął decyzję o operacji i wujek prawdopodobnie zostanie w szpitalu aż do niej, więc razem z mamą zapakowaliśmy się w sobotę do samochodu z całym bagażnikiem win i innych włoskich dobroci ruszyliśmy w trasę powrotną.

    Trasa też podzielona na dwa dni – najpierw dłuższy odcinek do Polski gdzie przenocowaliśmy u rodzinki w Bielsku Białej, a później już wygodnie dwupasmówkami do domu z przystankiem w Ostrowi. No i nareszcie w domku przy żonie. Ciężko tak było bez niej…

    W ciągu samego tygodnia działo się ogólnie niewiele. We wtorek do Włoch przelecieli przyjaciele wujka, na obchody kolejnej rocznicy święceń kapłańskich. Odprawili mszę, zjedli kolację przygotowaną przez mamę a następnego dnia w ramach odwdzięczenia się zaprosili nas na kolacje do restauracji.

    W domu chyba też spokojnie. Gosia dawała radę z prowadzeniem samochodu i ciągnięciem wszystkich spraw domowo/mieszkaniowych, wszystko zdążyło porosnąć i trafiliśmy na lato lepsze niż było tam.