Tym razem tylko weekend, bo nikt nie pamięta co się działo w tygodniu.
W piątek pojechałem do chirurga odebrać wyniki i dowiedzieć się co siedziało w moim kolanie. Na pięciominutową wizytę czekałem 4 godziny… Znamię się okazało niegroźne, blizna brzydka, ale dopóki się nic nie pojawi to i tak się cieszę.
Zdecydowaliśmy wcześniej, że jednak zrezygnujemy z usług Grzesia i w sobotę rano spotkaliśmy się z architektem ełckim. Konkretny facet, pogadaliśmy o planach domu i rozszerzenia agrobory i teraz czekamy aż gość zaproponuje koncepcję elewacji. Zobaczymy jak to pójdzie.
Dalsza część weekendu była mocno pracowita. W sobotę zaczęliśmy wycinkę drzew pod boisko, co okazało się pracą mocno ciężko – ale mamy nadzieje, że tylko z powodu rozpoczęcia prac od największego drzewa. Wielkie, pełno gałęzi… Ciężko.
W sobotę również do domu nie wróciła mama. Niestety, wujek złapał jeszcze jedną bakterię i znów z gorączką. Mamy nadzieję wszyscy, że to już ostatni tydzień. Mają już kogoś do pomocy, wujek na antybiotykach, dreny wyjęte, wszystko się goi. Idzie ku lepszemu.
Teście w niedzielę zarzucili nas ogórkami. Chcieli oddać 30 kilo, ale udało się połowę. I od razu część do słoików na krokodylki (pierwsze w życiu), część na ogórki curry (też pierwsze). Cały dzień nam się zszedł, ale chyba nawet wszystko wyszło.

