Category: Perypetie Mazurskie

  • Słomiana wdowa

    No i zostawiłem Gosię samą w Liskach na cały tydzień. W końcu po 10 miesiącach z niewielkimi przygodami wróciłem na tydzień do Londynu. Niewiele się zmieniło, drobnostki bym powiedział. Na lotnisko w Szymanach odwiozłem siebie sam, Gosia musiała wrócić. I to Carensem, bo niestety ze względu na opóźnienia w produkcji dalej czekamy na nowy samochód…

    Gosia od zeszłego tygodnia cieszy się już umową o prace. Niestety czas określony (2 lata), ale mimo wszystko to jednak jakieś zabezpieczenie jest.

    Mieszkanie idzie sobie powolutku. Podatki już wyliczone, prąd umówiony, a stolarz zaczął wstawiać na miejsce meble. Niedługo zostanie tylko własnoręczne doposażanie i wykanczanie…

  • Właściciele oficjalnie

    Od czwartku nareszcie oficjalnie jesteśmy właścicielami mieszkania Ełckiego. Po zapłaceniu formalności, paru parafkach i podpisach kolejny akt własności już nasz.

    Oprócz tego tydzień minął na wspominaniu ciepełka cypryjskiego, bo pogoda Polska zadecydowała, że nasz przedsmak zimowy da i temperatury zmuszały do zakładania cieplejszych kurtek…

    W piątek odpaliliśmy sezon siatkarski w 8 osób. Poziom po tak długiej przerwie niezbyt wysoki, ale się poprawimy. A Gosia 3 razy w tygodniu na jakieś aerobiki, jogi, czy inne aktywności.

    Weekend zaczęliśmy od szybkiej wizyty w Ełku i spotkaniu ze stolarzem. Okazało się, że musimy wybrać uchwyty do szafek i szaf. Termin realizacji kuchni i przyległości jakoś nam zleciał i w ciągu tygodnia dwóch będziemy mieli meble mocowane. Zostaną już tylko pozostałości.

    W sobotę wieczorem natomiast kolejna wizyta w Ełku z wizytą u Martyny i Karola którzy we wtorek już na stałe wrócili z Norwegii do Polski. Posiedzieliśmy, napiliśmy się, pogadalismy. Fajnie i pewnie będziemy dość częstymi gośćmi u nich.

    Pozostała część weekendu spędzona na robotach około domowych. Gosia grabiła i sprzątała, tata kosił, koparkował, a ja siedziałem przy bramie i starałem się przywrócić bramofon do życia (tylko tak porządnie).

    I dalej czekamy na samochód, już opóźniony i już na pewno nie będzie go na mój wyjazd do Londynasa. Gosia będzie jakoś musiała tylko przeżyć i pojeździć tydzień do Ełku Carensem. I mamy nadzieję, że nie potrwa to już bardzo długo, bo trochę ciężko z jednym samochodem jednak…

  • Cypryjskie słoneczko

    Wylegiwaliśmy się caaaały tydzień. Hotel fajny, jedzenie dobre (ale gorsze od hiszpańskiego), plaża niestety kamienista – chociaż dzięki temu uniknęliśmy tłumów które zobaczyliśmy w pobliskim mieście na plaży piaszczystej. Wolnego miejsca niemal nie było.

    Przez cały tydzień z hotelu się nie ruszyliśmy prawie w ogóle, nie licząc krótkich spacerków po okolicach i tego pojedynczego wypadu na piasek.

    Źle nie było, bo takie coś pozwala wypocząć, ale niestety żona nie ułatwiała… ciągłe walki o ubiory rzuciły trochę cienia…

    Teraz już znowu Polska, powrót w sobotni wieczór do Warszawy, przespanie u wujków i po zakupach w Decathlonie i Makro + walizkach w bagażniku wracaliśmy do domu zapakowani jak nigdy.

  • Liski 9

    W czwartkowy poranek w końcu oficjalnie zameldowaliśmy Gosię w Liskach numer 9. Dowodu nie zmieniła, dostała tylko zaświadczenie ale już jest całkowicie moja.

    Oprócz tego niewiele. U Gosi straszna ilość faktur do zaksięgowania i zrobienia przed wylotem na wakacje. Tak że do północy, to spokojnie żona przy komputerze… Gorzej niż ja jak miałem dodatkowe projekty….

    A wakacje…. Ah…. W piątek się zapakowalismy do autobusu z walizkami i w sobotę raniutko znaleźliśmy się w samolocie na Cypr. Kolejne all-inclusive w życiu. Pogoda jak drut, pokój z z własnym jacuzzi i widokiem na morze… Żeby jeszcze tylko żona chociaż ten raz w roku była tak jak mąż chce… Ale tu chyba nie mam co liczyć na nic… No cóż, pozostaje sie tylko cieszyć, że trochę wolnego od pracy.