Category: Perypetie Mazurskie

  • Czerwona strzała

    Nareszcie! W sobotę przyjechał do nas samochód. Śliczna czerwona Kia. I mruczy :). Pojeździliśmy od razu i się nacieszyliśmy i wszyscy uznaliśmy, że jednak warto było czekać. Tylko niestety teraz trzeba płacić. No – ale cóż.

    Cały tydzień zostawała u nas Ola, ale jakoś problemów nie było. Leon się całkiem sprawował, czasem nas tylko w nocy obudził (ale na krótko), a z samą Olą widywaliśmy się w zasadzie przy śniadaniu, bo wieczorem zanim wracaliśmy z pracy to oni już spali.

    W piątek mieliśmy jechać do Gdańska do Wiolki, niestety w środę rozłożyłem się strasznie tak, że przeleżałem dwa dni w łóżku. I szlag trafił wyjazd, bo jeszcze w sobotę czułem bolące gardło. Nawet przez chwilę myślałem, że to angina, ale mnie doktor z błędu wyprowadził i antybiotyku nie dał.

    A Gdańsk miał być między innymi z powodu zorganizowanego turnieju brydżowego w którym brali udział Gąszczaki (Michał z Kubą), Krzysiek Gałązka, Zawisze, Gładysie i Mazurkiewicze. Na szczęście, oni sobie w klubowym, a my sobie z Gosią w salonie w domu. I nie przeszkadzaliśmy sobie wzajemnie.

  • Bédziemy sié starać

    No i się zaczęliśmy starać. Jak to jest, że jak inne pary chcą dziecko to przyjemność i po sprawie. A Gosia ma listę 33 badań… i jeszcze ja muszę jakieś genetyczne zrobić. Ciekawe czego się z tego wszystkiego dowiemy. Ale pierwszy kroczek zrobiony. Tylko cii, tajemnica. Dopiero jak się uda to powiemy.

    I staramy się też pamiętać. W sobotę wieczorem pojechaliśmy do Martyny i Karola na imprezę. Spotkaliśmy się w 11 oO. Nasza czwórka + Justyna z Michałem i Ilona z Rafałem. I piątka dzieci pomiędzy nami wszystkimi.

    Nawaliliśmy się wszyscy tak, że Martyna jako jedyna pamięta całą noc. A ja osobiście wolałbym nie pamiętać niedzieli. Pierwszy raz cały dzień odpadłem, wymiotowałem i w ogóle. Nie lubię tego. Pić tak, ale chyba jednak przyjemniej z umiarem.

  • Miłosz się stary zrobił

    Korzystając z wolnej chwili, zamontowanego licznika i kupionych żarówek podjechaliśmy do mieszkania zobaczyć chociaż niektóre pomieszczenia w świetle. No i oczywiście problemy. W toalecie jedno światło nie działa. A w łazience na lustrem światła działają bez przerwy… Aby tylko się to dało naprawić bez kucia…

    Samochodu dalej nie ma, mamy zamiar upominać się o zastępczy, bo coraz więcej problemów jest z tylko jednym. Dobrze chociaż, że rodzice Gosi nam mogą pożyczać czasami, bo nie wiem jakby to było inaczej.

    I przez to też, w weekend do Warszawy pojechaliśmy firmowym Berlingiem. A po co? A bo się nam Miłosz zestarzał i własną trzydziestkę obchodził. Najpierw zaczęliśmy od escape roomów, a później przejechaliśmy na alkoholizację, planszówki kończąc na Ktulu. I w niedzielne przedpołudnie powrót do domciu.

  • Nostalgiczny Londyn

    W zasadzie powinienem otagować ten wpis jako Dzienniki Londyńskie, nie Perypetie Mazurskie, ale skoro tamtą część zakończyliśmy to nie będziemy zmieniać.

    A czemu? No bo w Liskach Gosia z rodzicami musieli sobie po prostu radę dawać beze mnie. I podobno nie działo się nic. Niezbyt to prawda, bo samemu wiem, że Gosia jeździła caly tydzień samochodem Krzysia (pożyczonym z posesji rodziców), pomagała Damianowi w lekcjach, ogarniała mieszkanie (mamy kuchnię, mamy licznik!) i w ogóle dzielna była.

    A ja tymczasem? Piłem codziennie z tej tęsknoty. A spotkania ze znajomymi to tylko pretekst był na pewno. Oprócz codziennej pracy w biurze, jeszcze w niedzielę spotkaliśmy się z Jasonem w pubie na rugby, później w poniedziałek wieczór przy grach z Alex, we wtorek kolacja firmowa i poznanie nowego pracownika, w środę Magicowy wieczór w Michaelem i Simonem (zakończony szybką wizytą Ellen), czwartek kolacja i drink z Robertem gdzieś w centrum, piątek wyjście do pubu z Richem, Anną, Nickiem podczas którego poznaliśmy dwójkę znajomych Richa i odwiedził nas Matt Kempster, a na sam koniec w sobotę rano podczas kolejnego meczu rugby spotkałem się kolejny raz z Jasonem i tym razem na świeżo wracającą z Australii Chantelle. Uf. Intensywnie, ale co dość wyjątkowe nie pominąłem chyba nikogo. A nawet udało mi się załatwić wymianę baterii w telefonie.

    Pogoda mnie nie rozpieszczała, codziennie deszcz, zimno – w przeciwieństwie do Polski. Na szczęście jeszcze dzisiaj udało mi się skorzystać z tej pogody. Taki gorąc, że podczas roboty tylko się rozbierałem. Najpierw kurtka, później ocieplacz, później bluza. Skończyłem w t-shircie! No, ale i roboty sporo, jak to na jesień i jak to na te wszystkie nasze plany.

    I też ze względu na te plany oraz zbliżającą się zimę zacząłem znowu szukać projektów Waszyngtonowych. I chyba nawet znalazłem, co niestety oznacza kolejne wieczory i weekendy spędzone przed komputerem. Ale chociaż stan konta się będzie zgadzał ;)