Category: Perypetie Mazurskie

  • Ostrowski weekend

    Gosia się naobiecywała Monice, że w tym roku przyjedziemy do Ostrowi specjalnie do nich, a nie tylko przejazdem. No i jak się nalało, to trzeba wypić. Zajęło to prawie cały rok, ale z obietnicy się wywiązaliśmy.

    A oprócz Moniki udało się też zahaczyć babcię na imieniny, a także Marka na kawkę i pogadanki. Wieczór przy górach jedzenia naszykowanych przez Monikę, alkoholu i Decrypto (wszystkim się podoba!).

    W zasadzie nawet dobrze się złożyło, że do Ostrowi pojechaliśmy bo przy okazji zrobiliśmy szybki kurs do Warszawy. Ani w Ełku, ani w Białym Gosi nie chcieli zrobić dwóch pozostałych badań potrzebnych do zebrania kompletu. Ale to też już załatwione i jesteśmy już kolejny krok bliżej.

    Szkoda tylko, że wypadł nam calutki weekend z roboty w domu…

  • Ukiszeni

    Dzisiaj krótko, bo niewiele do powiedzenia.

    W ciągu tygodnia? Nic na tyle ważnego, żeby zapamiętać. Więc nie pamiętamy.

    W weekend spadł nam pierwszy śnieg. A w zasadzie nie nam a Kubie, ale że akurat się wybraliśmy pocelebrować nasze starzenie się wylegując się w saunie i grając w planszówki – to też nam. Niestety za mało, żeby się potarzać w śniegu po saunie…

    A tak to w weekend też robota. Osadziliśmy pierwsze słupki pod fotowoltaikę przy boisku. Dzisiaj zakisiliśmy też kapustę (we czwórkę, rekordowo zajęło nam to godzinkę) i zacząłem kłaść dodatkowy kabelek wzdłuż agrobory do celów bramofonowych (dalej się z tym bawię…) no i dalej ciągnę dodatkowe godziny projektu Waszyngtonowego.

  • 100000

    O jaka ładna liczba. Tyle już lat mam, się człowiek wzion i niezauważalnie postarzał o kolejny rok. I dalej młody! Niesamowite.

    Na urodziny do Lisek zwalili się Zawisze na generalny przegląd psa. Okazuje się, że też są potrzebne. Mieli zostać aż do piątku, ale mimo pooperacyjnego psa zebrali się do domu już w czwartek – chyba coś im nie przypasowało u nas na dłużej.

    Podczas Gosiowej imprezy firmowej w zeszłym tygodniu na wizytę weekendową zapowiedzieli się nam Kuba z Laurą (spotkani na weselu Oli Zawiszy). Troszkę byliśmy zaskoczeni, ale nie przeszkodziło nam to się spotkać, posiedzieć przy alkoholu i planszówkach w klubowym. Pierwszy raz Gosia postanowiła spróbować zapalić zaproponowane nielegalne substancje, więc dołączyłem do niej. Wielkiego efektu nie poczułem…

  • Domowa Pcimcia

    Nie wspominałem chyba wcześniej, ale już od dłuższego czasu w szafie w sieni mamy dodatkowego gościa. Po długim czasie mama zaprowadziła Pcimcię do weterynarza i okazało się, że nie jest za dobrze – i to nie tylko ze względu na wiek. Wycięli jej znamiona na skórze, wyrwali sporo zaropiałych zębów. Już jest lepiej, ale dalej ślepa… i mimo teoretycznej możliwości wypuszczenia na zewnątrz, mama ją dalej trzyma w domu, próbujác zaradzić coś na te oczy.

    Starania się ciąg dalszy. W środę spędziliśmy prawie godzinę w laboratorium wydając ponad tysiąc złotych. Ale większość badań już załatwiona. A dokładając jeszcze kilka czwartkowych już na NFZ to zostały nam do zrobienia tylko te zależne od poszczególnych dni cyklu. I będziemy mogli umawiać się na kolejną wizytę w Warszawie.

    Gosia wczoraj wieczorem miała kolejną imprezę firmową, a skoro byłem w domu to służyłem za szofera. Bardzo grzeczna była, ale co z tego skoro i tak głowa dzisiaj bolała?

    A tu i tak trzeba było się do teściów na obiad wybrać. Miał być z okazji urodzin Zuzi (córki najstarszego brata Gosi), ale się okazało, że zrobili dodatkowo i dla mnie. Mocno mnie tym zaskoczyli, szczególnie, że i prezenty dostałem.

    W Liskach pogoda piękna, dalej korzystamy z kociłapki na żywienie weekendowe. Niesamowite, bo mamy przecież już połowę listopada. Dalej prace podwórkowe i nie tylko pełną parą. Fitness nam się rozszerzył o bieżnię zażyczoną sobie przez Gosię. Bramofon dalej nie działa – chyba z powodu jakości kabla…