Category: Perypetie Mazurskie

  • Pierwsze niepowodzenie

    Wpis z dwóch tygodni, ale weekend był mocno zajęty, jak zaraz się okazę.

    Na początek jednak smutne wieści, nasza pierwsza próba in vitro się nie powiodła – testy nie wykazały żadnej ciąży. Musimy w przyszlym tygodniu jechać do Warszawy na kolejną wizytę i będziemy umawiali się na drugi transfer.

    Wpisu w zeszłym tygodniu nie było, bo cały weekend i pół ostatniego tygodnia razem z tatą spędziliśmy głównie w samochodzie – jadąc i wracając z Włoch. Wujek Tadzik się przeprowadza jeszcze lutym do nowego mniejszego mieszkania i albo musiałby zostawić dużą część w mieszkaniu, albo oddać ją nam. No to wybraliśmy oddawanie i przywieźliśmy całego busa wypełnionego meblami i innymi gratami. Do czegoś się powinny przydać :)

    Walentynki spędziliśmy we czwórkę. W piątek zjawili się Filip z Magdą, w sobotę poszliśmy na kolację sushi do Ełku, a później już w klubowym kontynuowaliśmy zabawę dalej przy alkoholu, planszówkach, bilardzie i nas sam koniec maryśce. Pierwszy raz Magdy i Filipa, przeżyli i się całkiem spodobało. Ciekawe, czy będą chcieli powtórki ;)

  • Oczekiwanie

    Gosia się stresuje chociaż nie powinna i czekamy 2 tygodnie na testy. Czy coś wyjdzie? Nie wiadomo. Wiadomo, że Gosia do środy jeszcze się leniła na swoim zwolnieniu, ale żeby nie nudziła się za bardzo to cału wtorek spędziła u Martyny. Ciekawe, czy się nagadały wystarczająco?

    Mama od środy za to leniła się w szpitalu. Wróciła dzisiaj. Nic poważnego, badania alergologiczne. No i wyszło – linoleum. Kto by pomyślał, ze do tylu kosmetyków je wsadzają?! Teraz musi je wszystkie oddać Gosi, a sama się zaopatrzyć w bezlinoelowe. A ciężko podobno.

    Wczoraj wieczorem imprezka imieninowo-urodzinowa u teściowej. Gosia wymówiona lekami od picia alkoholu, ja nie mogłem. I dzisiaj trochę ciężko. Ale nie na tyle, żeby jednak nie wziąć się i próbować kończyć podłączanie bramy. Które poszło bardzo dobrze, tylko popsułem światło…

    A i jeszcze wczoraj tata na cały dzień pojechał do Warszawy, żeby pomagać oglądać potencjalny nowy dom Oli i Miłoszowi. I jak psu… gdzieś ta wyprawa niestety, bo się okazało, że właścicielka niepoważna i mimo ceny z ogłoszenia mieszkanie “sprzedaje” komuś z rodziny za pół miliona więcej. Jasne, a mi tu czołg jedzie.

    Odezwał się w końcu architekt z wyceną swojej roboty. Dwadzieścia pięć tysięcy. Spodziewałem się dużo… ale nie aż tyle. Z drugiej strony roboty pewnie też będzie miał dużo. Dobrze tylko, że chyba w końcu uda się wystawić faktury Waszyngtonowi…

  • Transferujemy się

    Cały tydzień w Warszawie, w zasadzie spędzony bez wielkich przygód. Ja pracowałem, Gosia jeżdziła do kliniki. Filipa w domu nie było, bo też w pracy. I tak do czwartku.

    W czwartek rano pojechaliśmy na punkcję – Gosia sobie pospała i zebrali z niej 10 komórek. Poszło błyskawicznie i w zasadzie bez większego bólu. W domu byliśmy bardzo wczesnym popołudniem z przykazem czekania na piątkowy telefon, żeby dowiedzieć się kiedy transfer.

    I się dowiedzieliśmy i na sobotę rano zgłosiliśmy się na transfer. Z 10 komórek udało się z sukcesem uzyskać 2 zapłodnione – co przez chwilę nas odrobinę zaniepokoiło – ale lekarze rozwiali wątpliwości, materiału wystarczy nam na kolejne próby. Sam transfer? Szybki, chyba bezbolesny i trochę śmieszny kiedy na monitorku pokazują Ci zbiór paru komórek i każą wybierać ładniejsze. I wybraliśmy bardzo ładne. Teraz już tylko czekamy 2 tygodnie na test, żeby dowiedzieć się, czy się udało.

    Od czwartku z Filipem już więcej planszówek, w sobotę wieczorem wujki zaprosili nas do knajpy węgierskiej na obiad, a dzisiaj zapakowalismy się do samochodu na szybką przebieżkę po meblach i powrót do domu.

    Tu się niewiele zmienilo, zimy nie ma, kot się oduczył chodzenia za Gosią do łazienki, rodzice przy kominku spędzają wieczory.

  • Warszawo, moja Warszawo

    Gmina sobie zażyczyła naszej obecności w sprawie wniosku o wydanie decyzji o warunkach zabudowy. Coś tam brakowało, coś było niedoliczone, więc w ciągu dwóch dni dopisaliśmy co trzeba i teraz miejmy nadzieję będzie dobrze.

    Ząb mnie przestal boleć sam z siebie. Widać musiał poboleć, żebym nie zapomniał, że trzeba je regularnie myć i płukać. Czyli następny ból za rok, żeby znowu kontrolę zrobić.

    Wśród znajomych gruchnęła wieść, że Kasper z Edytą się spodziewają. Tylko jeszcze nie pogratulowaliśmy.

    Ale skoro już o dzieciach… to w piątek pojechaliśmy do Warszawy na wizytę stymulacyjną. Nie wiem czemu, ale jakoś tak oboje się spodziewaliśmy że ot wizyta wizytą, a następna znowu za miesiąc. A tu nie. Się okazało, że następna wizyta w poniedziałek, a później zaraz punkcja w tym samym tygodniu i jeszcze może i transfer w tym samym tygodniu. No i nam się plany mocno pozmieniały, bo już od dzisiaj wieczora jesteśmy znowu w Warszawie i to na cały tydzień (albo dłużej). Wzrosła też liczba osób wiedzących o planach, bo oprócz Filipa i Magdy wiedzą nasi rodzice, mama Gosi i wujki u których przekiblujemy cały tydzień. I pogramy w planszówki :).