Category: Perypetie Mazurskie

  • Korona

    Nikomu z głowy nie spadnie jak się musi odkazić raz czy dwa. A musi się odkażać często, bo koronawirus panuje wszędzie – aż się człowiek lodówkę boi otworzyć. Swoją drogą, ciekawe czy w lodówce żyje dłużej czy krócej? Hm.

    Polska w stanie wyjątkowym, aż dziwne, że ledwo co w zeszłym tygodniu się smialiśmy, że możemy trafić do pierwszej dziesiątki zarażonych, a teraz mamy już prawie 200 przypadków. A Włochy to już w ogóle tragedia.

    I z tego względu wszyscy chodzimy z butelkami spirytusu, staramy się z ludźmi nie spotykać, do sklepów nie chodzić. Szkoly pozamykane, kina i galerie handlowe też. Ciekawe jak długo to będzie trwało.

    W weekend korzystając z niepogody i braku prądu w Liskach wybraliśmy się do mieszkania kończyć drobiazgi. Tata podłączył już prawie wszystkie odpływy, ja zamocowałem lustro, Gosia złożyla zestaw tarasowy. Zakupiśmy też pozostałe meble, teraz zostaną nam już chyba tylko dodatki. I z tego też powodu zacząłem też powolutku budować naszą prezencję sieciową i budować stronę internetową. Może na długi weekend majowy już się sytuacja uspokoi i uda się coś wynająć?

  • Gdańskie urodziny

    Tydzień pod znakiem korony. Znaczy koronawirusa który się rozprzestrzenia po świecie w tempie dość szybkim mając status PANDEMII. Nawet w Polsce 10 lat za murzynami, ale już się pojawił.

    Na szczęście jeszcze nie w Gdańsku, a tam właśnie zaraz po pracy w piątek się udaliśmy. Większą część weekendu spędzilismy w towarzystkie Wioli i Piotrka, towarzyszyli nam i oprowadzali po okolicach Gdańska, plażach, restauracjach i Experymentach. Spaliśmy u nich tylko pierwszego wieczora, bo w planach mieli wyjazd do Barcelony, ale ze względu na zawirusowanie (i potwierdzoną już ciążę Wioli) zrezygnowali. A my z hotelu zarezerwowanego nad rzeką zrezygnować już nie mogliśmy.

    Gosia zadowolona, bo pełny plan wycieczki został spelniony. Dobry widok z hotelu (co prawda nie na morze, ale jednak), spacer na plaży (i to z bonusowym i zakończonym sukcesem szukaniem bursztynów) oraz kolację w restauracji z widokiem na morze. Niestety, jak zwykle skończyło się za szybko i to mimo powrotu dopiero w poniedziałek…

  • Niby nieurodzinowo, ale jednak

    I znowu wpis z 2 tygodni – oby tylko nie weszło to w nawyk… Tym razem brak wpisu ze wględu na chorobę, cały poprzedni weekend spędziłem zdychając na grypę żołądkową, dopadło mnie w czwartek tak mocno, że piątek przeleżalem w łóżku… Sobota trochę lepiej, ale na tyle źle, że na 80-te urodziny babci Gosi, wybrać się nie mogłem.

    Sprawy rodzinne się przeciągają, na kolejną próbę transferu musimy po poczekać do przyszłego miesiąca. Probówaliśmy w tym miesiącu naturalnie, ale akurat Gosi nie wyszła owulacja – więc od następnego miesiąca będziemy się wspomagali. I próbowali do skutku.

    Zabraliśmy się w końcu na porządkowanie garażu z ruchomości wujkowych. Część szaf z sukcesami poszła do salonu na górze, jedna z mniejszymi prawie zmieściła się w “gościnnym”, który od teraz będzie już chyba garderobą. Skuter odpalił raz, ale chyba najpierw niestety musi iść do mechanika zanim zacznie gdziekolwiek jeździć.

    Dostaliśmy też nową decyzję podatkową. Mocno zastanawiająca i zaskakującą i dziesięciokrotnie wyższą od zeszłorocznej. Urząd sobie zaktualizował dane i się okazalo, że większa część budynków jest niemieszkalna i niegospodarcza i droga… Musimy się zastanowić jak je poprzekształcać, bo półtora tysiąca rocznie to stanowczo zbyt duzo.

    Gosia zamiast imprezy urodzinowej zażyczyła sobie wyjazd nad morze. Ale z racji okrągłych urodzin coś się musiało odbyć, więc w niedzielę zebraliśmy się w niewielkim gronie rodziców, Miłoszów i Martny z Karolem na obiad. Przyjemnie było :)

  • Pierwsze niepowodzenie

    Wpis z dwóch tygodni, ale weekend był mocno zajęty, jak zaraz się okazę.

    Na początek jednak smutne wieści, nasza pierwsza próba in vitro się nie powiodła – testy nie wykazały żadnej ciąży. Musimy w przyszlym tygodniu jechać do Warszawy na kolejną wizytę i będziemy umawiali się na drugi transfer.

    Wpisu w zeszłym tygodniu nie było, bo cały weekend i pół ostatniego tygodnia razem z tatą spędziliśmy głównie w samochodzie – jadąc i wracając z Włoch. Wujek Tadzik się przeprowadza jeszcze lutym do nowego mniejszego mieszkania i albo musiałby zostawić dużą część w mieszkaniu, albo oddać ją nam. No to wybraliśmy oddawanie i przywieźliśmy całego busa wypełnionego meblami i innymi gratami. Do czegoś się powinny przydać :)

    Walentynki spędziliśmy we czwórkę. W piątek zjawili się Filip z Magdą, w sobotę poszliśmy na kolację sushi do Ełku, a później już w klubowym kontynuowaliśmy zabawę dalej przy alkoholu, planszówkach, bilardzie i nas sam koniec maryśce. Pierwszy raz Magdy i Filipa, przeżyli i się całkiem spodobało. Ciekawe, czy będą chcieli powtórki ;)