Sporo się działo. W poniedziałek rano przyjechali geodeci, wbiliśmy parę słupków i wytyczyliśmy dokładnie miejsce rozbudowy. I się zaczęło! We wtorek rano – Archeolożka przyjechała, tata zasiadł za sterami koparki i wbiliśmy pierwszą łyżkę w ziemię. Ja wykorzystałem 2 dni wakacji/urlopu, żeby pomagać wywozić urobek. Z tym akurat nie poszło wszystko idealnie, bo zdążyliśmy się w Liskach dwukrotnie zakopać tak, że musiał teść traktorem przyjeżdżać i nas wyciągać. Ostatecznie, postęp w pracach wyszedł nam całkiem spory – wszystko zresztą dokumentowane na time lapsie, po zakończeniu budowy na pewno się nim gdzieś pochwalimy.
W środę wieczorem zostaliśmy zaskoczeni rezerwację w ostatniej chwili na czwartek. Po sporej panice i konieczności wykorzystania mamy do ostatecznego sprzątania i odświeżenia ręczników -przygotowaliśmy wszystko. Goście byli, zabrali nam jeden ręcznik (ale chyba oddadzą) i mamy nadzieję, że w sobotę odjechali zadowoleni. A my w sobotę ogarnialiśmy sprzątanie przed kolejnymi gośćmi.
Oprócz panicznego sprzątania czwartkowego, Gosia miała jeszcze jeden alarm, wypadła jej koronka zęba – tego, z pamiętnego wesela. Na szczęście udało jej się załatwić dentystę na cito i chyba koronkę uda się uratować.
W piątek rodzice wybrali się do Balcerków wypijać im zapasy wódki weselnej. Wrócili na kacu i od razu poszli spać. Ale się zebrali jakoś po naszym powrocie z Ełku na tyle, ze jeszcze kilka wywrotek wywieźliśmy.
A dzisiaj druga tura wyborów. Pierwsze sondaże pokazują remis, więc pewnie dopiero jutro rano dowiemy się bardziej pewnie kto zostanie prezydentem na kolejne 5 lat. U nas w domu wyszło dokładnie 50% – Miłosz z Olą i ja na Trzaskowskiego, a rodzice z Gosią na Dudę. A propos Miłosza z Olą, od dzisiaj znowu przyjechali i znowu chyba na długo – Gosia przewiduje 2 miesiące.


