Category: Perypetie Mazurskie

  • Dobra świnia

    Weekend majowy minął, ale przedłużyłem go sobie o jeden dzień na wyprawę do Warszawy. Początkowo mieliśmy razem z Gosią pojechać odwiedzić Ewę Korzeb, bo umówiliśmy się na odkupienie od niej fotelika samochodowego. Ale różne powody sprawiły, że fotelik przywieźli do nas Miłosz z Olą… ale do Warszawy się i tak wybraliśmy. Odwiedziliśmy Ostrowską rodzinkę i w końcu pokazaliśmy Gosiowy brzuch babci, odwiedziliśmy Przemka z Elą w Borowej Górze i zrobiliśmy trochę zakupów w Makro i Ikei. I cały dzień zleciał.

    Karmel nam przechodzi bunt nastolatka. Hormony szaleją i pies też szaleje. Grupowe treningi idą tak źle, że chyba będziemy się uczyli indywidualnie do momentu kiedy nadejdzie uspokojenie.

    W sobotę moje pierwsze świniobicie. Nie było źle, trochę makabrycznie – ale świniak ubity, rozebrany. Całe mięcho wydzielone, poporcjowane i w zamrażarkach. Jeszcze tylko zrobić smalec, bo wytapia się dłużej, ale i to załatwione.

    W niedzielę, korzystając z dobrej pogody (nareszcie!) zabraliśmy się z tatą za rozkładanie kortu. Ambitne plany znalezienia pomocników jak zwykle spełzły na niczym i wszystko rozłożyliśmy we dwójkę. Na razie tylko wstępnie, brakuje jeszcze dobrego weekendu cięcia, układania, klejenia, a później zasypania piaskiem kwarcowym. Ale już mamy nawierzchnię! Niebieska strasznie.

    Na wczesny wieczór zajechaliśmy jeszcze do Martyny i Karola. Ich Róża miała trzecie urodziny. Samą imprezę urządzali w sali zabaw dla dzieci, ale z tego akurat zrezygnowaliśmy i po prostu posiedzieliśmy razem z nimi w domu.

  • Dachowanie zakończone

    Niby Gosia na zwolnieniu, ja praca z domu, ale do Ełku trzeba było codzinnie jeździć. Jednego dnia po otwarciu fryzjerów, innego zawieźć mamę na rentgena, kolejnego badania Marysi (już na pewno). Badania “połówkowe”, już w zasadzie jesteśmy bliżej końca niż początku. Szybko leci, Marysia rośnie. Jeszcze spać daje – przynajmniej mi.

    W czwartek i piątek kolejny raz do Ełku, bo właśnie rozpoczęliśmy nasz drugi sezon wynajmowania mieszkania. Ubrać pościel, ostatnie zmywanie i dopieszczanie szczegółów i chyba dało to efekt, bo wczoraj goście wstępnie zarezerwowali kolejny tygodniowy pobyt na koniec sierpnia. Może trafią lepszą pogodę, bo tegoroczna majówka ze śniegiem, deszczem i wiatrem. Do roboty aż czapkę zakładałem. W maju!

    W środę rodzice do Warszawy w dwojakim celu. Niestety, parę dni wcześniej zmarła Teresa – partnerka Dziadka Zbyszka. Niedługo po nim… Więc rodzice na pogrzeb, a po pogrzebie mama zdjęła szwy i but ortopedyczny. Dalej kuśtyka, ale coraz mniej. Dalej za to na L4 siedzi zadowolona.

    Sama majówka, tak jak pisałem wcześniej mocno jesieniowa, spędzona na kończeniu basenu – przycinaniu, sprzątaniu i boiska – gładzeniu, ugniataniu. Coraz lepiej to wygląda, ale roboty jeszcze od cholery. Ale tam gdzie za robotę się płaci – tam leci błyskawicznie. Na agroborze, starej i nowej części mamy już piękne dachówki. W sobotę rano odrobinę zaskoczeni przez telefon rzeczoznawcy. Wpadł młody chłopak, porobił milion zdjęć wszystkiego telefonem i będzie liczyć wartości. Oby dobre, bo to kolejny krok do dostania kredytu…

  • Przymrozki…

    Prawie maj, a tu piździ jak nie przymierzając w Suwałkach. Śnieg, przymrozki – no zgłupiała nam pogoda.

    Ale na podwórku się dzieje. Przymierzamy się do rozkładania trawy na boisko, w końcu mamy suchy basen który powolutku osypujemy, chłopaki dach robią i chyba w następnym tygodniu skończą. Geodeci wyznaczyli nowe poprawione miejsce na dom i może niedługo uda nam się wykopać jakieś fundamenty.

    Mieszkanie już prawie wróciło do porządku po ostatnich przebojach gościowych. Przyszedł boczek kanapy i już ładnie wymieniony i jak nowy. Prawie mielibyśmy gości, bo zapowiadała się Ewa Korzeb z dziećmi, że wpadną na weekend w ramach handlu barterowego – oni w mieszkaniu sobie weekend pobędą, a nam dadzą fotelik dziecięcy – ale pogoda ich zniechęciła, więc barter zostanie gotówkowy.

    Gosia rośnie i mówi, że zaczyna delikatnie czuć poruszenia w brzuchu, ja jeszcze nie czułem ;)

  • Awaria dziennikowa

    Na początek do zeszłego wpisu. Wspomniałem w tytule o psiej chorobie, ale już nie wspomniałem nic w samym wpisie. Psies był chory żołądkowo i musiał jechać do lekarza. Dostał leki i po paru dniach się mu polepszyło. Ale pierwsze noce były gorsze niż z małym dzieckiem. Nie dość, że trzeba wstać co godzinę, to jeszcze wyprowadzić psiesa na dwór.

    Wpis tym razem aż z trzech tygodni i nie cała przerwa jest spowodowana moim lenistwem. Niestety, ale dziennik miał awarię certyfikatu i żeby ją naprawić musiałem zresetować cały serwer. Na szczęście cała baza zachowana, więc nie straciliśmy niczego.

    A teraz do relacjonowania wydarzeń:

    Pierwszy tydzień Wielkanocny. Przez jakiś czas miał być spędzony tylko z naszą czwórką, bo Miłosze mieli zagrożenie covidowe, ale udało im się negatywnie posprawdzać przed świętami i przyjechali. Ale nawet mama trochę narzekała, bo przyjechali na gotowe, w zasadzie nie pomagali i w domu byli tylko na obiadki i na spanie.

    To były już drugie święta cowidowe, ale w tym roku wróciliśmy do wioskowego święcenia jaj. Jedyne odstępstwo od tradycji to, że odbywało się na świeżym powietrzu. Na święceniu byłem sam, bo Gosia spędziła całą sobotę u taty pomagając w szykowaniu, żeby pierwsze święta bez mamy były jak najbardziej normalne.

    W niedzielę samo śniadanie spędziliśmy w domu, a na wieczór poszliśmy do teścia. Niestety, siedzieliśmy w nawet bardziej zmniejszonym składzie rodzinnym, bo Krzysiek z Brygidą się zbiesili, obrazili nie wiadomo na co i nie przyjechali na święta… A Robert przy perspektywie płacenia majątku w karach za wylot z UK, też nie mógł przylecieć.

    W weekend po świętach wybraliśmy się do Gdańska naoddychać się jodem, odwiedzić Wiolkę i pokazać Damianowi morze po raz pierwszy. I przy okazji obejrzeliśmy kolejne mieszkanie Wiolki, jakoś tak wychodzi, że za każdym razem jak do nich przyjeżdżamy, to mieszkają gdzieś indziej. Trafilismy na pogodę idealną, w zasadzie pierwszy tak ciepły weekend tego roku, że mogliśmy poleżeć na słoneczku na plaży po zbieraniu bursztynów.

    A już w tym tygodniu. W środę z powodu wymiany transformatora Liskowego zabrali nam prąd na cały dzień. Wyłączyli równo o 8, ale włączyli nie o 18, tak jak zapowiadali, ale dopiero o 2 w nocy. Niemiło… Ja spędziłem dzień pracując w Ełku, rodzice pojechali do Warszawy (rehabilitacja stopy mamy) i tylko Gosia została w ciemnym domu razem z piesem.

    W piątek tata zaszczepił się pierwszą dawką Astry Zeneki – czyli już oboje są zaszczepieni. To dobrze, bo jakąś odporność nabywają. Wieczorem spędziliśmy czas z Elą Ż. świętując jej urodziny, a dzisiaj mama z Gosią poleciały jej pomagać, bo pochlastała się przy ostrzeniu noża i musieli jej założyć cztery szwy.

    W sobotę w starym Liskowym składzie zrobiliśmy sobie grilla u Mateusza z okazji urodzin Pauliny. Emila z Michałem, Miłosz z Olą, Mateusz z Pauliną i ja z Gosią. Tylko dzieci więcej ;)

    Robotnicy pooowoli zaczęli robić dach, bo dachówki stoją i czekają. Dodatkowo razem z tatą wybraliśmy wodę z basenu i powoli go osypujemy – więc jakieś prace się toczą. Budowa domu na razie stoi, bo kiedy geodeci przyszli go tyczyć, to się okazało, że stałby w złym miejscu. A przesunięcie go niestety wymaga trochę zachodu.

    Dostaliśmy też wstępną akceptację kredytu hipotecznego. Trochę drogie raty, ale obyśmy tylko go dostali…

    Uf. Postaram się następne wpisy już dawać w regularnych odstępach…