I jest! Po dziewięciu miesiącach oczekiwania na świat przyszła nasza córeczka. Planowo i grzecznie tak jak mama chciała, we wtorek o godzinie dziewiątej rano pojawiło się 3150 gram i 58 centymetrów szczęścia. I wywaliło nam to życie do góry nogami – ale nie narzekamy.
Na razie nie jest źle, córka wymaga trochę uwagi, częstego karmienia i jeszcze częstszego przewijania, ale na razie jest bardzo grzeczna. Nawet z goścmi da się posiedzieć, bo grzecznie śpi.
Karmel też zaakceptował siostrę, grzecznie leży i pilnuje i tylko czasem liże po główce.
W zasadzie o niczym więcej nie pamiętam i w zasadzie nic więcej nie jest ważne.
W poniedziałek niespodziewanie minęła nam kolejna rocznica ślubu. Nie świętowaliśmy jakoś specjalnie z racji ostatnich dni ciążowych, wybraliśmy się tylko do Giżycka na lody i gofry. I zabraliśmy ze sobą psiesa, żeby też poświętował.
Gosia we wtorek pojechała na spotkanie z położną, sama już ostatni raz. Już trochę zbyt blisko terminu, więc teraz będzie wożona, żeby zawsze mieć asekurację. W piątek jest jeszcze umówiona na ktg małej, ale wszyscy się śmieją, że kolejne wizyty i badania mogą już nie dojść do skutku
W czwartek u mamy Gosi postawili na cmentarzu pomnik. Ładny i pasujący do stojącego obok pomnika dziadka.
W sobotę i niedzielę pomagałem Miłoszom przenosić rzeczy do mieszkania i w niedzielę oficjalnie przekazaliśmy im wszystkie klucze do mieszkania. I od razu pojechali tam spać. Aż dziwnie je oddawać.
Po wielu miesiącach ciężkiej roboty, równania, ugniatania, rozkładania, zasypywania w niedzielę w końcu rozegraliśmy kilka pierwszych piłek. Jeszcze nie wszystko jest gotowe na tip top, musimy dosypać więcej piasku, dobrze zamocować piłkochwyty, dorobić jakieś trybuny i chyba zrobić szopkę na sprzęt do grania. Ale kilka rzeczy jest opcjonalnych, które kiedyś tam się zrobi (miejmy nadzieję). Na razie się cieszymy.
Mieliśmy kilka wizyt, jednego dnia odwiedzili nas wujek Tadek z Donatellą. Króciutka wizyta, wujek wygląda dobrze, Donatella trochę ciśnienie podniosła swoimi dietami, ale fajnie było ich zobaczyć. A na weekend po szybkiej decyzji zjechali do nas Przemek z Elą. Już druga wizyta w tym roku! Bardzo nam pomagali i przy boisku i przy ogólnym oporządku terenowym.
A musieli pomagać, bo w sobotę razem z Olą i Miłoszem zapakowaliśmy się do busa i pojechaliśmy do Warszawy. Upiekliśmy przy tym kilka pieczeni, bo po pierwsze zawieźliśmy do Warszawy skuter. Niestety, w Ełku nikt nie chciał podjąć się jego naprawy. Po drugie, kupiłem i przywiozłem z powrotem szafę rack. Wielka, biała i mam nadzieję, że ją zapełnię jak już wybudujemy dom. A po trzecie pomogłem Miłoszowi i Oli z pakowaniem busa i zwożeniem ich co większych rzeczy do Lisek.
W międzyczasie działo się niewiele. Gosia rośnie, Kia pierwszy raz w naprawie gwarancyjnej jakichś pierdółek i dalej staramy się o kredyt, tym razem dodatkowo sami w banku (oprócz doradcy kredytowego).
Gosia lata przygotowując się na nieuchronne i coraz bliższe przyjście Marysi. W zeszły poniedziałek zadecydowała o przepisaniu się do lekarza w Wydminach, bo do pediatry mieliśmy wybór albo tam, albo w Ełku. Zadecydowała odległość i fakt, że w razie czego przyjedzie do nas położna. I do tej położnej Gosia teraz jeździ i w zasadzie powtarza kurs rodzenia.
Kupujemy też różne pierdoły w rodzaju naklejek i napisów do pokoju Marysi (pokój babci został w końcu nazwany inaczej), żeby trochę go udziecinnić.
W zeszłym tygodniu minął nam rok z Karmelem. Zadomowiło się psisko, ale po obejrzeniu kilku zdjęć z zeszłego roku… jaki to był cudny szczeniak. A teraz się zrobił wielki psies. Na tyle wielki, że umawiamy się już z nim na kastrację na listopad. Podczas ostatniej wizyty u weterynarza zadecydowaliśmy też, że jednocześnie usuniemy torbiel koło oka, bo kolejny raz nabrzmiała i pękła drenując ropę. Cały czas jest tam gdzieś stan zapalny.
W ciągu tygodnia wyrobiłem godziny kursu prawa jazdy i w sobotę w Suwałkach z jednym błędem zdałem z wynikiem pozytywnym. Od teraz mogę się już wozić wszelkimi motocyklami, ale najpierw musimy naprawić skuter wukowy, żeby czymkolwiek można było.
Proceed po półtora roku użytkowania i prawie czterdziestu tysiącach kilometrów zaczął sprawiać niewielkie problemy i hałasować. Szybka wizyta w salonie i zdiagnozowane do wymiany łożyska przy kierownicy i silniczek ustawiania fotela. Prace niewielkie i na gwarancji, ale na dzień trzeba będzie samochód zostawić.
Korzystając z lata, pomniejszonej paniki koronawirusowej i ostatnich kilku tygodni bez Marysi nie ograniczamy spotkać. W piątek Gosia pojechała na wieczór do Ełku, żeby posiedzieć z Anką przy “piwku”, w poniedziałek skromne świętowania imienin taty Gosi, a wczoraj po pięciu latach w końcu udało nam się spotkać z Malinami. Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy obejrzeć jak mieszkają w Bielsku. I mieszkają ładnie i licznie z trzema córkami. Są takie znajomości, że nawet mimo kilku lat niewidzenia się, można pogadać bez żadnych niezręczności i Maliny to właśnie tacy znajomi.
W domu trochę ciszej, bo Miłosze pojechali świętować rocznicę ślubu nad morzem biorąc kilka dni wakacji. Ale nie mniej roboty, bo dalej lecimy z budowami, powolutku dokładając kolejne rzeczy zrobione. Nie zaczynamy też niczego nowego! (na razie…) Niestety, dalej czekamy na kredyty, więc dalsze szybsze postępy budowlane na razie zatrzymane – i tak wykorzystaliśmy tatę do maksimum i trzeba pospłacać kasę którą założył za nas używając firmowych środków.
Na szczęście mieszkanie zarabia na siebie i Gosię, obłożenie w zasadzie pełne. Gosia dzięki temu może nawet opłacać niektóre rachunki z budowy i zostaje na bieżące opłaty. Na razie inwestycja nie była zła, a dodatkowo powinna nam dać wystarczające zabezpieczenie kredytowe.