Category: Perypetie Mazurskie

  • Ah te niezdrowe dzieci

    Albo jedno chore, albo drugie i tak już od urodzin Marysi się nie widzieliśmy z Czaplickimi. Więc kiedy nas zaprosili w poniedziałek wieczorem to szybko skorzystaliśmy z zaproszenia, żeby chociaż na krótko sobie pogadać. I dobrze zrobiliśy, bo planowane dłuższe spotkanie sobotnie już nie doszło do skutku – Róża z katarem. Chociaż ja sam na wieczór wybyłem do Kuby i razem z Miłoszem rozpykaliśmy kolejną sprawę w Detektywa.

    W poprzednią sobotę rodzice wyprawili Eli Żebrowskiej imprezę pożegnalną – ostatnie dni mieszkania w Liskach przed przeprowadzką do Giżycka.

    Karmela badania już wyszły lepiej, chociaż jeszcze nie idealnie. Zamiast fosforu to szybkiej rośnie mu waga, cielak waży już 43 kilo.

    Na budowach do przodu. Mamy już podłogówkę na całości rozbudowy, przyklejone płyty ogrzewania ściennego, szalunek basenu i prawie wrzuconą chłodnicę/nagrzewnicę przy rekuperatorze. Jeśli dobre pójdzie to do końca października będziemy już mieli wylewki! W domu trochę wolniej, ale też do przodu. Elektryka na podłogach już w zasadzie skończona, powoli zbliżam się do możliwości układania styropianu – a to też duży sukces!

  • Spa “urodzinowe”

    Gosia już bez szwów od zeszłego poniedziałku korzysta z pełnej sprawności ruchowej palca. Może tym razem nie będzie go wsadzała gdzie nie powinna. Ale zagojone ładne i nie narzeka na jakieś zmniejszone czucie na szczęście.

    Rodzice wybyli na tydzień wojaży samochodowych z Balcerkami. W zasadzie sami nie wiedzieli gdzie – więc przygodę mieli fajną. Niestety, mała z powodu rosnących kolejnych zębów nie dawała pokorzystać z wolnej chaty…

    W środę Gosia zabrała ją na kolejne szczepienie i wróciła z wynikiem prawie 11 kilogramów. Rośnie jak na drożdżach. I nie tylko rośnie, bo się i rozwija – od kilku dni już w zasadzie sama wstaje i widać jak bardzo chce na nogi. Niedługo będzie biegać.

    I też w środę coś się pochorowałem. Nie wiadomo skąd, bo przecież tylko siedzę w domu i z nikim się nie spotykam. A na pewno coś wirusowego, bo zaraziłem wszystkich i po kilku dniach Gosia z Marysią, a jeszcze za chwilę mama. Która zresztą chyba wirusa przekazała dalej Oli i Leonowi… I tak żeśmy kichali sobie.

    Na szczęście na tyle lekko, że w sobotę wsiedliśmy do samochodu i oprócz zakupów ełckich wybraliśmy się też do Prostek oglądać drzwi. Oczywiście na żywo spodobały nam się inne, niebędące zresztą w ofercie internetowej. No i zamawiamy.

    Oprócz decyzji zakupowych pracujemy też nad budową. Ja na przerwach lunchowych powolutku ciągnę elektrykę, a w weekend zebraliśmy się i dokończyliśmy równanie chudziaka i położenie styropianu w rozbudowie. Mamy też ambitne plany na posadzkę jeszcze w październiku…

    W poniedziałek Królestwo pożegnało królową, sam zresztą też oglądałem uroczystości. Niestety podczas pracy. Angole dostali dodatkowy dzień wolny, ale niestety zagraniczni kontraktorzy nie.

    A w środę Gosia razem z Olą wybrały się do Giżycka. Obydwie na urodziny dostały vouchery do spa, więc pojechały skorzystać z zabiegów. Wróciły zadowolone i odmłodzone – więc prezent chyba trafiony.

  • Kuku

    Urlop się skończył – niestety całego styropianu się na basenie nie udało ułożyć, ale tam gdzie styropian był, jest już i podłogówka. Oprócz podłogówki prawie skończona kotłownia i brak bloczków które w końcu udało mi się opchnąć. I tak się okazało, że za wcześnie, bo dosłownie tego samego dnia okazało się, że jednak przydałyby się Miłoszowi…

    Powrót z urlopu do pracy spokojny, bo na szczęście w zeszły poniedziałek w Anglii mieli wolne. Na spokojnie nadrobiłem mejle i wiadomości.

    Niezbyt spokojnie za to było w czwartek, przed południem Gosia rozwaliła sobie palucha podczas zmywania naczyń. Szybka przejażdżka do szpitala zakończyła się szwami które będą zdjęte dopiero jutro. A w tym czasie trzeba paluszka ojojać i więcej pomagać przy małej, bo opatrunku nie można moczyć.

    Zeszła sobota mocno imprezowa, zaczęliśmy od pierwszych urodzin Letycji, a skończyliśmy na pięćdziesiątych urodzinach Olafa.

    W czwartek skończyła się w Anglii pewna era. Już wczesnym popołudniem pojawiły się wiadomości o złym stanie zdrowia królowej Elżbiety, a wieczorem potwierdzili, że zmarła. I teraz będzie król Karol II po całych dziesięcioleciach bez zmian…

    W ten sam czwartek odezwał się Kuba z Maćkiem i zaproponowali w piątek partyjkę lasertaga. Inni znajomi nie dopisali i skończyliśmy grając tylko w czwórkę. Ale i tak było super.

    Mniej super natomiast było w sobotę, bo podczas wykopków czułem w nogach tę grę. A niestety wykopki długie. Pogoda dopisała i wszyscy się zdziwili, że w ciągu jednego dnia obrobiliśmy wszystkie pola. Wszystko zwiezione, wywalone z worków. Ciężko było, ale przynajmniej do przyszłego roku nie trzeba będzie wracać.

    Ledwo zdążyliśmy wrócić przywitać pierwszych gości weekendowych, bo nawet nie zdążyłem się wykąpać jak pod bramą zjawili się Gałązki. Zaskoczyli nas dość mocno, bo przyjechali tylko we dwoje – Michała zostawili w mieszkaniu chronionym – i korzystając z wolności zrobili sobie wycieczkę i zajechali do nas.

    Jeszcze ciężej było w niedzielę. Czułem już nogi po lasertagu, po wykopkach, a tu do tego zjawiły się dziewczyny Gosi razem z mężami i dziećmi. Sajgon totalny, bo dzieci masa i to w wieku sajgonowym – ale fajnie się było spotkać.

  • Pierwszy rok

    No i już rok cały nasza Marysia ma. Impreza się chyba udała, pogoda dopisała i dało radę siedzieć na dworze, letni grill do jedzenia i pełno dzieciarni ganiającej się po podwórku. Śmiejemy się, że następna taka duża za 17 lat.

    Mama zdążyła z Ostrowi wrócić na imprezę, posiedziała z babcią, posprzątała cioci Teresce dom, pospotykała się z rodziną i znajomymi i zjechała całkiem zadowolona.

    A i budowlanie idzie, kotłownia już prawie skończona, sauna i basen gotowe na podłogówkę, w domu ekipy już prawie kończą elektrykę na podłodze. Może niedługo posadzki się uda? A na pewno musi się udać drzwi wejściowe i bramę garażową. Tylko najpierw trzeba coś wybrać…