Author: kamil

  • Przeprowadzka

    Na początek tylko chwila wspomnienia o początku tygodnia. Udało nam się dolecieć do Londynu już bez problemów, przespaliśmy praktycznie cały lot. W pracach obydwoje byliśmy już o 11, zostawiliśmy tylko walizy w mieszkaniu (nie zgubiły się!). Gosia spóźniona godzinkę, ja dwie.

    W ciągu tygodnia udało nam się też potwierdzić zabieg Gosi. Już 7 lutego lecimy do Szczecina , a 10 lutego mamy zarezerwowany termin powiększenia piersi. I Gosia będzie mogła chodzić z głębokimi dekoltami ;). W związku z tym zakupiliśmy już bilety lotnicze do Szczecina, na dwa tygodnie wynajęliśmy mieszkanie. Nikt nie wie o naszych planach, w pracy powiedzieliśmy tylko, że jakaś operacja będzie, w Polsce dowiedzą się dopiero wtedy kiedy zauważą, że Gosia się zmieniła.

    W piątek mieliśmy niewielkie przemeblowanie w biurze – z racji zwiększającej się ilości pracowników zaczynało nam brakować stolików dla nowych osób. Po niewielkiej reorganizacji ustawienia zmieścimy kolejne trzy osoby bez większych problemów.

    A w sobotę wielkie pakowanie! Ostatecznie okazało się jednak, że nie tak wielkie i cały nasz dobytek spakowaliśmy w zasadzie w ciągu 4-5 godzin. Wszystko popakowane w zgrabne pudła i walizki – oby tylko tak to wyglądało jak będziemy się zwozić do Polski.WP_20160109_15_58_24_Pro

    WP_20160109_15_58_04_ProPrzy pomocy Richa zapakowaliśmy wszystko do wynajętego vana i godzinkę później byliśmy już przeprowadzeni. Rozpakowanie zajmie więcej czasu, choć nie z naszej winy. W poniedziałek mają nam wymienić dywany w pokojach, co oznacza konieczność wystawienia wszystkich mebli, co z kolei oznacza, że Gosia nie może zapełnić wszystkich szuflad w szafce. Będzie bajzel, ale wytrzymamy, bo w tej chwili dywany są tak okropne, że Gosia brzydzi się po nich chodzić boso.

    A o tym, ze swoje winy juz splacilam to nic? :P Otoz splacilam i maz juz zadowolony i sie nie gniewa :)

  • Tym razem Wiedeń…

    My to chyba jakiegoś pecha mamy z lotami transferowymi. We Frankfurcie biegiem, a w Wiedniu to nawet na noc zostaliśmy. Znowu zaczęło się fajnie, dojazd na lotnisko bez problemów, przejście przez bramki i wejście do samolotu też. Po czym okazało się, że system wodny w samolocie zamarzł (o tym za chwilę) i ostatecznie po dwóch i pół godzinach i zmianie samolotu wystartowaliśmy. W Wiedniu oczywiście żadnych samolotów do Londynu już nie było więc dostaliśmy voucher na hotel i bilet na 6:40 rano następnego dnia. Głodni i dość źli wylądowaliśmy w hotelu gdzie okazało się, że kolacje są tylko do 22:30 (a byliśmy w restauracji o 22:35) i już nas nie obsłużą. I śniadania też nie bo wychodzimy za wcześnie. Paranoja. Poprosiłem tylko o list z hotelu o tym że nie dali nam kolacji i zamówiłem pizzę na którą właśnie czekamy. Będzie na koszt linii lotniczych.

    A propos zamarzania, to się w Polsce zima zrobiła. 31 grudnia bodajże wskoczyła na minus, a później już tylko spadała tak, że w nocy z 1 na 2 stycznia było chyba z -20 stopni. Co spowodowało zamarznięcie większości rurek w łazience i w wyżej wspomnianym samolocie. No i jeszcze padnięciu akumulatora w jaguarze.

    Sylwester minął bez większych niespodzianek. Pojechaliśmy do Białegostoku i spędziliśmy go przy stole jedząc, pijąc i grając w Dixita i karteczki. Rzutem na taśmę udało mi się uruchomić Spotify z listą sylwestrową, więc muzyka była dobra. Następnego dnia na trochę czasu udało mi się uruchomić też Toplistę Wszechczasów, którą to przełączyli na disco polo. Nie wierzę, że można to włączyć świadomie żeby “posłuchać” muzyki. I wszyscy znali słowa! Przynajmniej okazało się, że chyba wychowuję żonę i już jej disco nie odpowiada. I słów też nie znała do najnowszego hitu. Jestem z niej bardzo dumny, wydoroślała mi kobieta!

    P1060354P1060379

    Przy okazji Sylwestra okazało się też, że zmieniając plany i odmawiając Kubie na 2 tygodnie przed Sylwestrem postąpiliśmy bardzo kulturalnie (jeszcze bardziej, bo kupiliśmy mu za tę zmianę flaszkę), bo u Kuby Sylwestrem odbył się w gronie pięciu osób (z planowanych 15). Pozostali zadzwonili w dzień imprezy, już po zakupach Kuby…

    I w sylwestra rowniez udalo sie nam zakupic  duze, twarde walizki, ktore zapewne baardzo sie przydadza :)

    A, i żona mnie próbowała ugłaskać za nie wzięcie szpilek i spódniczki do Polski – częściowo jej się to udało, ale jeszcze nie do końca. I będę pamiętał!

     

  • Ciche dni

    Była cicha noc, bo święta minęły w tempie standardowym błyskawicznym. Zgodnie z planami, najpierw pełno sprzątania, przygotowywania po to, żeby przez ostatnie dni nie móc się ruszać pomiędzy posiłkami.

    Wigilia na 13 osób, byli wszystkie Olafy, wszystkie warszawskie Szewczyki i nawet Ola się załapała. Było pełno jedzenia, śmiania, gier i zabaw i w zasadzie tak samo mijały następne dni. Razem z Gosią wędrowaliśmy tylko pomiędzy domami, bo a to u mnie jacyś goście, a to u niej i ze wszystkimi trzeba się przywitać. I wszędzie coś zjeść… Będzie co spalać jak wrócimy do Londynu!

    A ciche dni nastąpią dopiero, bo Gosia mnie strasznie wkurzyła. Okazało się dzisiaj, że mimo swoich obietnic nie wzięła do Polski ani szpilek, ani spódniczki które jej kupiłem. Odechciewa się wszystkiego po prostu z tą babą. I pewnie jeszcze wyjdzie moja wina, bo się niepotrzebnie wkurzam.

    I żeby się więcej nie wkurzać, tylko wspaniale pozytywnym fragmentem się pożegnam.

     

    P.S. A do tego mi nie wychodzi aktualizacja wordpressa na serwerze, problemy z klientem itp.

  • Biegiem przez Frankfurt

    Od wczoraj jesteśmy już w Polsce, zgodnie z planem i przewidywaniami. Szkoda tylko, że o ten plan musieliśmy powalczyć – ale zwycięsko!

    Zacznijmy jednak od zeszłego tygodnia. W czwartek premiera nowych Gwiezdnych Wojen! Poszliśmy na seans zaraz po pracy i jestem z tej decyzji bardzo zadowolony. Film był świetny, miał parę niedociągnięć ale to dobry początek kolejnej trylogii. Zaraz po filmie seans pakowania. Nie wysyłaliśmy żadnych paczek do Polski, ale udało nam się zapakować prezenty i ubrania w torby które mieliśmy. Doszliśmy tylko do wniosku, że musimy kupić sobie twarde walizki, bo miękkie torby przecierają się w tempie błyskawicznym.

    W piątek mieliśmy imprezę firmową, najpierw tajemniczy mikołaj w biurze, później obiad w knajpie i dalsze rozmowy/picie w kolejnych pubach. Do domu wróciłem dość wcześnie do zmęczonej opieką nad dziećmi żony.

    W sobotę rano okazało się, że całe pieczywo jest do wywalenia i jeszcze przed taksówką odbyłem szybki kurs do Richmond po kanapki. Później pojechaliśmy na Heathrow i po błyskawicznym przejściu przez wszystkie bramki i krótkim oczekiwaniu znaleźliśmy się w samolocie. Niestety wtedy nasze szczęście gdzieś się zapodziało i problemy ze znalezieniem pasażera, a później korytarza powietrznego spowodowały, że z Londynu wylądowaliśmy z godzinnym opóźnieniem. Pilot chyba trochę docisnął gazu, i zamiast półtora godzinnego lotu zafundował nam godzinny, ale mimo wszystko na przesiadkę do kolejnego samolotu zostało nam pół godziny. Spędziliśmy je gnając przez Frankfurt, okazało się bowiem, że po pierwsze bramki są oddalone gdzieś z kilometr, po drugie musimy kolejny raz przejść kontrolę bezpieczeństwa, a oczywiście kupiliśmy sobie wodę w Londynie o której zapomnieliśmy… i przez którą zatrzymali nas na kolejne cenne minuty. Ostatecznie jednak zziajani i spoceni stawiliśmy się na pokładzie samolotu na 5 minut przed jego wylotem (pobiliśmy chyba jakiś rekord!). Linie lotnicze odrobinę nas ugłaskały, bo zamienili nam miejsca na biznes klasę. Przynajmniej tyle! A później to już tylko w samochód i szybciutko do Lisek z postojem w Ostrowi na szamanko :)

    I całe szczęście żem założyła baletki a nie żadne obcasy :) inaczej chyba ten wyścig z czasem by się nie powiódł :)

    Wspomnienia lotu wychodzą trochę przydługawe, więc aby tylko podsumować – przyszły tydzień będzie festiwalem przygotowań do świąt i samych świąt. Metry kwadratowe do sprzątania, setki pierogów do zrobienia, ale i sporo przyjemności :).

    Odmeldowuję się.