Po obfitujacym w wydarzenia poprzednim tygodniu ten znowu minal spokojnie.
Przede wszystkim pod znakiem kryzysu malzenskiego z mojej niepodzielnej winy. Obiecalem ze juz wiecej nie dam powodu malzonce i nie sprawie jej przykrosci. Z pomoca mojej silnej woli kolejne wpisy do udowodnia.
Oprocz tego w poniedzialek po 5 miesiacach od przeprowadzki udalo nam sie uskutecznic wyprawe do Ikei. Nakupilismy wszystkiego. Talerzy, sztuccow, szklanek, patelni, hamakow, krzesel, zaslon… i 100 innych mniejszych lub wiekszych rzeczy. Ale to w koncu za nami.
Od piatku Gosia na przymusowym urlopie z powodu wizyty tesciowej. Tesciowa staruszka, ale dzieciakami sie zajmie. Chyba, ze nie da rady, wtedy Gosia troszke zarobi. Bo w innym przypadku bedzie gotowac i jak ja znam to wydawac pieniadze na zakupach ;)
Sobota i caly weekend w zasadzie uplynal pod znakiem europejskiej imprezy i dogorywania po niej. Wieczorem pojechalismy do Anny przygotowac sie przed impreza i pogadac w troche mniejszym gronie. Przed polnoca pojechalismy do Rachel pobawic sie w znacznie wiekszym gronie rownie dziwacznie poprzebieranych osob. Fajnie bylo, alczkolwiek atmosfera i tlum ludzi niezbyt zachecal do tancow. Ostatecznie do domu wrocilismy przed 4 rano, spalismy do poludnia, a wieczor spedzilismy “rodzinnie” ogladajac filmy we czworke.







