Author: kamil

  • Polska kielba z grilla

    Jakos kasa sie znalazla, po niewielkich wariacjach data tez sie ustalila i oficjalnie jestemy juz w ostatnim tygodniu mieszkania z naszymi angielskimi brudasami. Jeszcze tylko sie rozliczyc ze wszystkich rzeczy (lacznie ze sprzataczka na koniec), znalezc kogos do pomocy w noszeniu rzeczy i w przyszla sobote sie przeniesc. Jak wszystko dobrze pojdzie, to przyszly wpis bedzie z nowego mieszkania – znaczy pewnie nie bedzie, bo internet bedziemy mieli dopiero od czwartku… Teraz tylko sie zaopatrujemy we wszelkie mozliwe filmy i seriale, zeby miec co robic w tej dlugie bezinternetowe wieczory.
    Poza tym, w ciagu tygodnia nie dzialo sie nic ciekawego. Ot praca, praca. Dla Gosi na szczescie tez, wiec maj wyglada calkiem okiej z jej wyplata. To bardzo dobrze, kiedy wiekszosc mojej musiala isc na depozyty i czynsze.
    W weekend dzialo sie troche wiecej, w piatek wieczorem podjelismy blyskawiczna decyzje o spedzeniu soboty i nocy u Roberta. Jak sie nawarzylo, tak trzeba bylo wypic. A bylo, co pic. Bimberek i… absynt. Uh. No i grill, bo maja kawalek ogrodka dla siebie. W toku jedzenia wyszlo, ze to nasza pierwsza polska kielbasa z grilla w Londynie. Jakos do tej pory byly tylko angielskie barbecue – kurczaki, owoce morza, burgery i tym podobne wynalazki. Dzisiaj juz tylko dogorywanie, partyjka w tysiaca i powrot do domu na kolacje z Maka. Ot zdrowe zycie.
    A i jeszcze udalo mi sie dokonczyc Tomb Raidera. Ekonomiczny jestem pod wzgledem gier – jedna na poltora roku. A juz mam nastepna, tym razem z naszego podworka, Wiedzmin 3. Ciekawe ile nad tym czasu spedze.

  • Miejmy nadzieje, ze jest ostatnie

    No i obejrzelismy mieszkanie w Clapham. Nie umywalo sie nijak ani do Richmondowego, ani do Teddingtonowego. Dlatego w poniedzialek zdecydowalismy sie zlozyc oferte na to w Richmond. Bo umeblowane i blizej. W ciagu godziny zaakceptowali i ruszyla machina referencyjna. Troche my przedluzalismy (zeby sie sytuacja wyklarowala), a teraz to jak na szpilkach czekamy czy wszystko jest w porzadku bo udalo sie poprzesuwac terminy i juz drugiego czerwca bedziemy sie stad wyprowadzac. Abysmy tylko mieli dokad. I za co.
    Pozniejszym popoludniem spotkalismy sie z Robertem, poszlismy na obiad do Nandos, a pozniej na piwko do niego – ot szybkie ploteczki.
    Wtorek zaczal sie od spotkania trzeciego stopnia z samochodem. Technicznie to ja na niego wpadlem, ale praktycznie to on byl na moim pasie kiedy nie powinien. Wstyd tylko, bo to Smart byl… Chociaz jakis fajnejszy samochod do wypadkowania by sie trafil… Nie mam pojecia jak, ale wszedlem z uderzenia bez najmniejszego zadrapania. Pare tylko stluczen na nodze, stopie i reku, ktore do dzisiaj juz calkowicie odeszly. I rower tez sie uchowal, wiec przez ostatnie dni tutaj mam zamiar dalej pedalowac.
    Od srody w Londynie byl Milosz, ale ze szkolenia i takie tam, to spal w hotelu. Natomiast w piatek znalazl sie juz u nas razmem z Ola, ktora doleciala pozniej. Sobota spedzona wiec na standardowej trasie turystycznej i pietnastu przechodzonych kilometrach. A zakonczyla sie planszowkami – Carcassonne i odkurzonym po raz pierwszy od lat Eldritch Horror. I nawet sie udalo wygrac! A propos wygrywania, to z zony musze byc bardzo dumny, bo w Carcassonne to tak loila nam wszystkim dupy, ze nawet blisko jej nie bylismy… W niedziele wczesnym popoludniem goscie sie zebrali do domow na dwa rozne lotniska, a my pozostala czesc spedzilismy przy tv rozkoszujac sie paroma minutami spokoju.

  • Mialo byc ostatnie

    To mialo byc nasze ostatnie mieszkanie… a tutaj niestety, we wtorek nas wspollokatorzy zastrzelili wiadomoscia, ze oni to by sie chcieli przeprowadzic do wujkowego mieszkania gdzies pod Londynem… No i od wtorku caly tydzien spedzony na blyskawicznym organizowaniu ogladan i przeszukiwaniu internetu. Nawet z sukcesami, bo wczoraj obejrzelismy dwa nad ktorymi teraz debatujemy. Jedno takie smieszne w Richmond (Kew), a drugie ogromne w Teddington. Bedziemy placili wiecej niz teraz, ale bardzo podobnie do naszego pierwszego studia w Petersham. To chyba zasluga delikatnego zalamania rynku mieszkaniowego w Londynie – chociaz nie w kazdej dzielnicy, bo Wandsworth podrozalo strasznie i mimo checi, nie damy rady znalezc chyba tu niczego. Oby tylko jeszcze wszystko poszlo dobrze z rozwiazaniem obecnej umowy…
    A wracajac do niemieszkaniowych wiadomosci to najwazniejsza tez wydarzyla sie we wtorek. Bo wlasnie wtedy urodzila sie mala Roza – u Martyny i Karola. I teraz Gosia juz mocno czuje presje.
    Niestety, gdzie sie cos rodzi to i cos umiera – w czwartek mama nas zawiadomila o smierci ksiedza Edmunda. Bardzo szybko w ostatnich dniach mu sie pogorszylo – zdiagnozowali u niego zaawansowanego raka. No i niestety…
    No i wracajac do przyjemniejszych rzeczy, w poniedzialek chociaz Bank Holiday to razem z Gosia pracowalismy. U szefow. Przy grillu. Calkiem przyjemnie nawet i cos Gosia zarobila – a przyda sie, oj przyda…
    A dzisiaj idziemy na jeszcze jedno ogladanie mieszkania, a pozniej do Gosiowego brata Roberta. Zjechal do Londynu do pracy, ale na jakims strasznym zadupiu mieszka i chyba godzine trzeba tam jechac. No, ale wez i nie pojedz to glupio. Pojdziemy na jakas kolacje, jakies piwko i ploteczki.

  • Edynburskie opowiesci z potworami

    Za godzinke sie zebralismy. Dojazd na dworzec zabral przewidywana godzinke, niestety juz na miejscu okazalo sie, ze wszystko poopozniane z powodow jakichs problemow z liniami energetycznymi. 40 minut w plecy. Sama podroz bezproblemowa, szybki i wygodny pociag, gry planszowe i jakos te ponad cztery godziny zlecialy. W Edynburgu przywital nas ziab. I ziab razem z deszczem trwal przez cale nastepne dni. Nie przeszkodzilo nam to zdobyc wulkanu, przemierzyc Edynburg z duchami, obejrzec wszystkie zabytki – niestety przyplacilem to katarem… W piatek rano odebralismy samochod i ruszylismy szukac potwora. Z przystankami w St Andrews i Dundee (widoczki i jedzenie w tej kolejnosci). Na wieczor dotarlismy do Inverness, a godzine pozniej Loch Ness gdzie noc spedzilismy w bardzo klimatycznym hostelu z widokiem na jezioro. Potwora nie bylo, ale tez bylo zajebiscie. Kolejna runda planszowek o ktorych w zasadzie chyba nie trzeba wspominac bo bylym w ciaglym uzyciu kazdego wieczora.
    W sobote za kierownice posadzilismy Kube i pojechalismy objezdzac inne atrakcje widokowe, miedzy innymi sliczny mostek znany z filmow o Harry Potterze (co prawda uznalismy, ze nasze mazurskie mosty w Stanczykach w niczym nie sa gorsze) oraz najwyzszy szczyt Wielkiej Brytanii – ale darowalismy sobie wchodzenie na niego. Kolejne kilka godzin jazdy i wieczorem bylismy w hotelu pod Edynburgiem skad skoro switem Warszawska ferajna zostala odwieziona na samolot, a my razem z Gosia oddalismy samochod i poszlismy na pociag. Cieszac sie z pieknej pogody chociaz na te ostatnie kilka minut pobytu.
    Tym razem bez opoznien odjechalismy, ale zlapalismy pol godziny po drodze – ktos korzystajac z pieknej pogody probowal rzucic sie pod pociag. Ale nie trafil. Bywa.
    Teraz tylko zostalo zlozenie filmu z wizyty i przesortowanie miliona zdjec zrobionych przez Gosie, ale nikt nie mowil ze bedzie latwo.