Tydzień minął niepostrzeżenie i już kolejny weekend i też mija… przy pracy niestety, bo dalej ciągnę proces rekrutacyjny TopTala. Projekt z grubsza rzecz biorąc niezbyt trudny, ale niektóre jego elementy bardzo. No i siedzę po godzinach… A wcześniej w tygodniu jak zwykle praca, jakiś basenik i siatka.
W końcu po miesiącu oczekiwania przyszło do nas łóżko, godzinka składania i pokój już w zasadzie jest w stanie zakończonym. Teraz musimy pociągnąć łazienkę – ale to może w następnym tygodniu.
Gosia się wypięła na dziennik i każe mi samemu myśleć co się działo. Z mojej pamięci nie działo się nic od poniedziałku do piątki oprócz standardowej pracy.
W sobotę pojechaliśmy szukać stolika do biura, dorabiać klucze i zakupy. Zeszło nam cały dzień jak zwykle, ale wieczorem znalazłem chwilę czasu i w końcu rozebrałem stół bilardowy. Sukno zdarte, poziom zniszczeń oceniony. Teraz tylko kupić nowe i jakoś je obić.
Jako, że w jutro Dzień Babci to dzisiaj wybraliśmy się do Ostrowi. My z jednej strony, a Miłosz z Olą z drugiej – i spotkaliśmy się na środku. Posiedzieliśmy trochę, zjedliśmy obiad i udało nam się spotkać z Grzesiem, pogadaliśmy chwilę o tym jak popchnąć budowę domu. Wieczorem natomiast spotkaliśmy się z Pawłem Łoniewskim, prawdopodobnym wykończeniowcem naszego mieszkania. Umówiliśmy się na rezerwację terminu, a szczegóły będziemy dogadywać później.
Tydzień pod znakiem pracy Gosiowej. We wtorek zaprosili ją na rozmowę do Ełku, a już w czwartek pojechała na parę godzin, a piątek już cały. Nie wiadomo stuprocentowo co z umową, ale może jakoś to pójdzie. I tak Gosia pracuję w FanTexie i być może spróbuje załatwić nam internet!
Aktywnie troszkę mniej, na basenie tylko mama z Gosią, bo razem z tatą ugrzęźliśmy w pracy. A piątkowa ekipa na siatkę się nie zebrała, więc lenistwo. I brzuch rośnie.
W sobotę wieczorem odwiedzili nas teściowie – ale nie doszliśmy do konsensusu co było w butelce… albo wiśniówka, albo malinówka. Ale i tak dobre. No i okazało się, że tata oficjalnie zakończył pisanie kroniki Liskowej, teraz zostają już tylko nasze perypetie. Po niewielkich usprawnieniach podzielimy się z nimi owocami mojej pisaniny.
Wstałem o tej szóstej i dojechałem w poniedziałek rano do Warszawy. Pobudziłem brata i bratową, chwilę posiedziałem, a później do komputera i do pracy. Po pracy szybka zbiórka i plan wypełniony 100% bo razem z Kubą i Patrycją dojechaliśmy do Borowej na Sylwestra. Zabawa przednia, dobrzy znajomi i fajny balans pomiędzy planszówkami i imprezą taneczną. Do łożek poszliśmy chyba koło siódmej rano, a już koło południa obudził nas telefon od rodziców, że po nas jadą… Po drodze musieliśmy jeszcze skoczyć do Ostrowi, odwiedzić babcię, odwiedzić Monikę z Krzysiem, a na koniec odwiedzić kościół, tak że do samych Lisek dojechaliśmy dopiero na wieczór.
W czwartek rozpoczęliśmy aktywności noworoczne wizytą na basenie. Gosia dołączyła do mamy i Eli Żebrowskiej na aerobiku wodnym, a my z tatą zrobiliśmy paręnaście rundek, zakończonych w saunie. W piątek kolejne aktywności, tym razem siatkarskie. Szóstka nas tylko była, więc nalataliśmy się strasznie i do domu wróciliśmy z pamiątkami. Tata z bolącym barkiem, a Gosia z kolanami posiniaczonymi tak, że muszę jej na następny raz jakieś nakolanniki kupić chyba. A ja przed samą siatką miałem rozmowę “kwalifikacyjną” do portalu łączącego freelancerów i firmy ich szukające. Poszło dobrze, dostałem test online który też poszedł dobrze i na 22 stycznia jestem umówiony na kolejną rozmowę. I mam nadzieję, że też pójdzie dobrze.
W sobotę udało nam się obejrzeć nasze Ełckie mieszkanie. Ładne, ale opóźnione już do kwietnia. Widok też ładny, ale zgodnie uznaliśmy, że fajniej byłoby na wyższym piętrze. Gdyby tylko nie kasa… Spędziliśmy też godzinę siadając na różnych sofach, tradycyjnie już wybierając tę najdroższą. Chyba na nią się też zdecydujemy, trzeba tylko kupić ją od producenta…
A w niedzielę kolejne aktywności, tym razem troszkę rozdzielne. Gosia z tatą pobiegli, mama się wyracała przy kijach, a ja podnosiłem sztangę w fitnessie. I oby się nam to utrzymało. Howgh!
W któryś poranek po śniadaniu usiedliśmy też do planowania. Wyszło nam to bardzo ambitnie – na 140 tysięcy w tym roku… Bardzom ciekawy ile uda się z tego zrealizować.