Author: kamil

  • Prysznic!

    Oficjalnie zakończyliśmy prace łazienkowe. No, zostało jakieś czyszczenie, może trochę silikonu – ale prysznic z brodzikiem i drzwiami jest. Szafka z oświetleniem i dużym lustrem jest. Łazienka pomalowana. Zajęło nam to równo miesiąc.

    W sobotę z samego rana zapakowaliśmy się do samochodu i zrobiliśmy wycieczkę do Ostródy na targi ogrodnicze (miały być też wnętrz i inne, ale jakoś się chyba rozejszło). Pooglądaliśmy sauny i banie, jakieś nowe technologie budowy domów, kupiliśmy kurtkę skórzaną (no bo gdzie indziej? jak nie na targach ogrodniczych), no i zapełniliśmy bagażnik roślinkami.

    A dzisiaj korzystając w pięknej pogody ja zamknąłem się w łazience i kończyłem prace, a Gosia poszła w ogród razem z rodzicami. Sadząc, grabiąc, paląc i gotując wszystko na przyjście wiosny. Bo pogoda piękna, słoneczko, ciepełko. Aż chce się w łazience siedzieć.

    UPDATE Po roku :) Ta dobra knajpa -(Karczma Warmińska), co to w niej się stołowaliśmy po targach – to w Gietrzwałdzie była :)

  • Zdrowiejemy

    Aktywność zerowa, ale dalej nie całkiem zdrowi, więc więcej lenistwa.

    W środę imieniny mamy. Dostała od nas rączkę szczoteczki, do tej co sobie popsuła. Świętowaliśmy delikatnie przy winku, imprezę zostawiając na sobotę.

    W piątek pojechaliśmy do Warszawy wrócić pod opiekę Tomka. Wizyta załatwiona błyskawicznie, ale chyba nas nie pamiętał, bo znowu mówił przez Pan. Parę badań zleconych (kolejny przyjazd do Wawy się szykuje) i skierowanie na wycięcie znamienia na kolanie. Powrót z zahaczeniem o centrum handlowe, w końcu kupiona szafka do łazienki – zamontuję ją w ciągu tygodnia.

    W sobotę rano zawiozłem Gosię do fryzjera i dentysty. Wróciła z włosami krótszymi o dobre 10 lat wstecz… dobrze, że z zębami wszystkimi…

    W łazience dalej rozpiernicz, ale coraz bliżej końca.

  • Pożegnanie Pana Rysia

    Tydzień zaczęliśmy dość przyjemnie, bo od urodzin Gosi świętowanych na kolacji w Restauracji Małej.

    Niestety, środek i koniec minął już w troszkę smutniejszej atmosferze, bo w środę wieczorem zmarł pan Rysio Żebrowski po dłuższej chorobie. No i się mama rzuciła w wir pomocy, a w sobotę wszyscy wraz z Miłoszem i Olą pojechaliśmy do Juch na pogrzeb.

    Mnie w czwartek jakieś choróbsko zaczęło brać na tyle mocno, że w piątek pracowałem z domu, a większość weekendu przeleżałem pod kocykiem. I mam nadzieję, że odpuści.

    W sobotę okazało się, że w Liskach na tydzień jest Emilka, więc Gosia w ramach odnawiania znajomości przegadała z nią cały wieczór.

    No i to byłoby na tyle. Łazienka dalej rozwalona, ale już gotowa na położenie płytek, arkusz gospodarki planowanej wzbogacił się o motywacyjne kolorki, więc miejmy nadzieję, ze wszystkie plany się ułożą.

  • Tłusty czwartek i my troszkę też

    I od czwartku tydzień zaczniemy. Pączki, pączki, pączki. Pączki w pracy, pączki w domu. Oczywiście człowiek nie wytrzymał i zeżarł. I żeby to jednego…

    W piątek załatwiłem geodetę, potrwają trochę wszystkie formalności, ale to nasz drugi poważniejszy krok w kierunku budowy domu, po uzgodnieniu Grzesia jako architekta. Zaś wieczorem, wsiedliśmy z Gosią w samochód i prosto po pracy popędziliśmy do Białegostoku na konsultacje u chirurga w sprawie mojego znamienia na kolanie. Błyskawicznie się dowiedziałem, że się tego nie podejmie i zasugerował, że onkolog powinien mi wystawić skierowanie na zabieg. Przynajmniej kasy nie wziął. Na pocieszenie dodam, że chociaż udało nam się spotkać z Anią i Piotrkiem, więc wypad nie zakończył kompletnym fiaskiem.

    W weekend dalej trwały prace łazienkowe, tata w zasadzie pomocy nie chce, bo miejsca tam mało, ale trochę chociaż posiedziałem i podawałem narzędzia. Załatwiliśmy też wypad do Ełku i kupiliśmy płytki i całą resztę rzeczy remontowych. Umyliśmy też Kię mamową, w przygotowaniu do wystawienia ogłoszenia o sprzedaży.

    Po powrocie przywitaliśmy się z Miłoszem i Olą, którzy wpadli na odwiedziny weekendowe, a wieczorem uroczyście zainaugurowaliśmy stół bilardowy. Bile się błyszczą, płótno piękne, aż przyjemnie się gra :)

    W niedzielę zaczęliśmy terraformowanie Marsa. Zakończyło się wygraną moją i niestety gra się przedłużyła na tyle długo, że nie udało nam się odwiedzić po raz kolejny basenu oleckiego. Tylko tata się nie wyłamał i po partyjce squasha zrobił parę długości na pustym basenie. Na wieczór kolejne wyjście, Gosia zgodziła się pofarbować włosy Brygidy, dziewczyny Krzyśka (swojego brata). Później jeszcze odwiedziliśmy teściów, żeby wypić kolejkę za zdrowie teścia i Gosi – oboje mają urodziny.