Author: kamil

  • Płytki…

    Tak fajnie się na wizualizacji ogląda duże płytki. Tak prosto się czyta ich wymiary na kartce. A tak ciężko cholera się je wnosi na trzecie piętro. Bez windy. Sami z Gosią się byśmy chyba zajechali, lub wrócili z częścią materiału z powrotem do domu… ale na szczęście pomogła mama (ojciec urlopował się na żaglach) i rodzice Gosi z Damianem. Jakoś wspólnymi siłami daliśmy radę :)

    To było w sobotę. Oprócz płytek pojechaliśmy jeszcze do Orzysza obejrzeć kamienie na ewentualne blaty do łazienki. Nie wiemy jeszcze jakie dokładne, ale właściciele zaprezentowali nam ogromną ilość wyborów i pewnie coś weźmiemy.

    A oprócz soboty? Jedynym chyba wartym wspomnienia wydarzeniem było odrzucenie przez Gosię oferty pracy w Urzędzie Gminy. Stanowisko nie to, wypłata też słaba. I się chyba zadomowiła Gosia w Fantexsie i tam też przynajmniej na razie zostanie.

  • Parapety!

    W Warszawie w tym tygodniu byliśmy nawet dwa razy. Raz we wtorek na badania – w zasadzie ok, ale jakiegoś polipa USG wykryło na woreczku żółciowym – do obserwacji. Oprócz tego zajechaliśmy do Przemków którzy nas nakarmili i Miłosza z Olą, żeby ich zobaczyć jeszcze przed porodem. W trakcie jazdy odezwali się Jason z Chantelle i okazało się, że w w sobotę będą w Warszawie na parę dni. Po szybkich konsultacjach rodzinnych bliższych i dalszych decyzja została podjęta i w sobotę znowu byliśmy w stolicy. Razem z naszymi Angolami oraz Filipem z Magdą wjechaliśmy na Pałac Kultury i Nauki, połaziliśmy po starym mieście i popiliśmy w barach. Fajnie było się z nimi spotkać.

    W piątek natomiast udało się Gosi wydębić montaż parapetów w mieszkaniu. Przyjechało dwóch miłych Panów i już mamy zamontowane śliczne brązowo-granitowe parapeciki. Można by robić imprezę, ale chyba jednak się wstrzymamy jeszcze troszkę.

    Gosia w ciągu tygodnia została mocno zaskoczona telefonem od wójtowej. Okazało się, że zwalnia się pozycja w urzędzie gminy w Juchach i zgodnie z ustaleniami zaproponowała pozycję Gosi. No i zrobiła zagwozdkę – Fantex z fajnymi ludźmi i zadowalającą wypłatą, czy urząd w pewnym zatrudnieniem i bliskością? Trudna decyzja.

  • Z powrotem w domciu

    Wujkowi się troszkę poprawiło. Dreny działają, leki też – już mniej żółty, uśmiechnięty. A i nam lżej, bo profesor podjął decyzję o operacji i wujek prawdopodobnie zostanie w szpitalu aż do niej, więc razem z mamą zapakowaliśmy się w sobotę do samochodu z całym bagażnikiem win i innych włoskich dobroci ruszyliśmy w trasę powrotną.

    Trasa też podzielona na dwa dni – najpierw dłuższy odcinek do Polski gdzie przenocowaliśmy u rodzinki w Bielsku Białej, a później już wygodnie dwupasmówkami do domu z przystankiem w Ostrowi. No i nareszcie w domku przy żonie. Ciężko tak było bez niej…

    W ciągu samego tygodnia działo się ogólnie niewiele. We wtorek do Włoch przelecieli przyjaciele wujka, na obchody kolejnej rocznicy święceń kapłańskich. Odprawili mszę, zjedli kolację przygotowaną przez mamę a następnego dnia w ramach odwdzięczenia się zaprosili nas na kolacje do restauracji.

    W domu chyba też spokojnie. Gosia dawała radę z prowadzeniem samochodu i ciągnięciem wszystkich spraw domowo/mieszkaniowych, wszystko zdążyło porosnąć i trafiliśmy na lato lepsze niż było tam.

  • I dalej Włochy

    Już prawie w piątek się pakowałem do powrotu, ale niestety wujek wieczorem miał kryzys i zdecydowałem, że zostanę jeszcze tydzień. Bo niestety, nie jest z nim dobrze, typ guza który ma, jeśli nie zostanie zoperowany daje bardzo niewielkie szanse na wyleczenie. A czy będzie mógł być zoperowany? okaże się dopiero w przyszłym tygodniu.

    Na szczęście po piątkowym kryzysie, leki zadziałały i wujek poczuł się znacznie lepiej. Na tyle, że znowu pojawiła się możliwość jego powrotu do domu, do czasu pełnej diagnozy. A ja już na pewno będę do domu wracał w następny weekend.

    Sam tydzień mi i mamie minął dość nudno – ot praca, szpital, szpital, praca, koty. Starając się wypełnić zobowiązania i dla Londyna i Waszyngtona. Jakoś na szczęście udaje mi się żonglować na tyle, że w wczoraj korzystając ze słoneczka które nareszcie się pokazało pojechaliśmy na godzinkę nad morze. I pomimo dziwnych spojrzeń Włochów musiałem się oczywiście wykąpać.

    A propos domu. Tam Gosia i tata dzielnie dają sobie radę. Gosia, po dłuuugiej przerwie sama jeździ samochodem i narzeka na parkowanie, a w międzyczasie zajmuje się domem i mieszkaniem. Odebrała klucze, załatwia parapety, płot w Liskach, sprzątanie i oporządzanie domostwa i tak dalej. Dumnym i chciałbym pomóc, a tu tylko jakieś niewielkie ewentualnie sugestie mogę dawać.