Author: kamil

  • Nasze pierwsze przetwory

    Pamięć zewnętrzna ma focha i nie chce powiedzieć co się działo w tygodniu. Więc tylko weekend.

    Jako, że dalej mam przerwę od kontraktu Waszyngtonowego więc korzystam z wolniejszych wieczorów i weekendów.

    W piątek wieczorem w odwiedziny na parę dni wpadli Miłosz, Ola, Leon i Forest. Jakoś się zajmują sobą na szczęście, więc nie dostarczają nam dodatkowej roboty. I dobrze, bo i bez tej pracy jest od groma.

    Dlatego własnie w sobotę pełni werwy wstaliśmy rano, z zamiarami pociągnięcia trochę prac podwórkowych. Niestety, na zamiarach się skończyło, bo zadzwonił stolarz i trzeba było jechać do Ełku podejmować decyzje co do kuchni… No i jak zwykle się zeszło na tyle długo, że ledwo zdążyłem obiad ugotować i trochę zająć się płotem. A czasu było jeszcze mniej niż zwykle, bo na wieczór wybraliśmy się do Suwałk posłucha i pobujać się przy bluesie z okazji corocznego festiwalu. Razem z Gosią, tatą i panią Elą posłuchaliśmy jednego świetnego i dwóch troszkę gorszych koncertów. Z niedosytem lekkim wróciliśmy, ale zamiarem pojechania tam również nazajutrz.

    W niedzielę (jak zresztą i parę poprzednich dni), pogoda zrobiła się znowu letnia. Najbardziej pilne okazały się porzeczki. Już od dłuższego czasu dojrzałe – trzeba je było pozbierać i przerobić. Ja zbierałem jednocześnie porzeczki i słońce. A po zebraniu Gosia ugotowała kompot, a ja przerobiłem resztę na sok porzeczkowy. I to były nasze pierwsze w życiu wspólne przetwory.

    Wieczorem znowu się zebraliśmy do samochodu, a że późno skończyliśmy soczek to przycisnąłem trochę tam gdzie nie trzeba. I niestety przyuważyli mnie Panowie policjanci i wlepili mandat na 100 złotych i 4 punkty karne. Mogło być gorzej. Ale koncerty i tak nam to wynagrodziły, bo obydwa były po prostu świetne. Energetyczne i pobujać się można było i pośpiewać. Super. Za rok powtórka.

  • Powoli kończymy

    Płot w Liskach gotowy, podłogi w mieszkaniu gotowe, łazienki prawie też. Także powolutku widać światełko. Również na sufitach, bo kupiliśmy pierwsze oswietlenie łazienkowe i kuchenne.

    Idą też dalsze sprawy kuchenne i łazienkowe, załatwiliśmy pomiary luster i kabiny oraz kuchni z przyległościami szafowymi. Na kuchnię się naczekamy ponad 2 miesiące, ale przynajmniej będzie dokładnie taka jaką chcemy. A nie marketowa w prawie tej samej cenie…

    W środę smutne wydarzenie, bo niestety zmarła ciocia Kazia, siostra babci. Pojechaliśmy na pogrzeb do Ostrowi, zostaliśmy na obiad i wróciliśmy wieczorem do domu.

    Na szczęście tydzień nie był tylko smutny. Daleko za górami, we Włoszech, wujka Tadka wypuścili ze szpitala. Wychudzony, ale wygląda na to, że zdrowy. I guz który nie dawał jakichś wielkich nadziei został wycięty w całości, a na żadne przyległości się nie rozpanoszył. Teraz tylko wujka trzeba podtuczyć, wyciągnąć resztę szwów i rurek i pewnie ostrożnie będzie mógł wrócić do normalności.

    Pogoda się trochę “zepsuła”, już nie 35 stopni, a 15. Czemu nie mogłoby być umiarkowanie, tylko popada ze skrajności w skrajność? No, ale nie przeszkodziło nam to, żeby najpierw wyprawić grilla w piątek tacie, Gąszczakom i Balcerkom (no, wyprawić to za dużo powiedziane, bo mnie jakaś migrena zmogła), a później w sobotę już nam i Wiolce z Piotrkiem. Posiedziliśmy, popiliśmy, tylko niedziela nam jakoś przeszła niezauważalnie na kacu.

  • Skąd na to wszystko wziąć pieniądze?

    Zaczniemy od początku. Tata pojechał, a w zasadzie popłynął na 3 dni do Szwecji na jakieś szkolenie/konferencję. W poniedziałek miał urodziny, ale, że go nie było, to po jego powrocie mama w środę wyprawiła mu niewielką imprezę. Jedyną butelką w zamrażarce był nasz bimber – no i go wychleli ;)

    W sobotę umówiliśmy się na pomiar i zakup drzwi do mieszkania i dodatkowo wybieraliśmy lampy, farby, prysznice i pełno różnych innych bardzo potrzebnych rzeczy. Wczesnym popołudniem tata odwiózł mamę do Ostrowi, a stamtąd mama pojechała do Modlina i poleciała do Włoch do wujka. Nie wiadomo na ile, ale pewnie trochę czasu tam spędzi.

    W niedzielę, skoro handlowa wykorzystaliśmy na wyjazd do Białegostoku. Chcieliśmy zamówić kuchnię marketową, ale nie wyszło… Po przestaniu 2 pełnych godzin i podliczeniu wszystkiego wyszła kwota większa od spodziewanej, aczkolwiek dalej niższa o jakieś dwa/ trzy tysiące od kuchni od stolarza. Nawet mimo tego, bylismy gotowi ją zamówić i zapłacić, ale się okazało, że nie podobały im się wymiary podane i kazali robić dokładniejsze, albo płacić za wykonanie ich przez “fachowców”. No i trochę nas tym wkurzyli i zniechęcili, do tego ta cena, wiec jednak rezygnujemy.

    A samo mieszkanie? Pochłania niewyobrażalne ilości gotówki. Na tę chwilę mamy wydane ponad 35 tysięcy, a brakuje jeszcze całej stolarki kuchennej i szafkowej, mebli, urządzeń. Ło matko bosko. I nie tylko mieszkanie pochłania gotówkę, w końcu finalizujemy wynajem samochodu, a pierwsza rata pochłania pełne 20%. A to też spora kwota do wyłożenia. I do tego wszystkiego kursy i funta i dolara spadły na łeb na szyję…

  • Nowy Szewczyk w rodzinie

    Tydzień minął najpierw pod znakiem zębów Gosi. W poprzednim tygodniu zaczęło ją pobolewać, a w poniedziałek się tak rozbujało, że awaryjnie wylądowała u dentystki. Okazało się, że pod porcelanową wstawką zaczęła się jakaś infekcja. Do czyszczenia i leczenia. W sobotę kolejna wizyta, a następna za miesiąc.

    We wtorek znak tygodnia się zmienił. Po pierwsze urodził się Leon Jerzy Szewczyk i rodzice stali się dziadkami.

    I również we wtorek na stół operacyjny poszedł wujek Tadek. Operacja ponad 11 godzin, wycięty spory kawałek wątroby razem z rakiem, poodtwarzane wszystkie drogi żółciowe, żyły i cała reszta. Niesamowite jest to, że już w czwartek kazali mu wstawać, a w piątek już sam chodził, jak gdyby nigdy nic, tylko w towarzystwie rożnych worków. Aby tylko tak dalej zdrowiał.

    W sobotę oprócz wizyty u dentysty odwiedziliśmy również dwójkę stolarzy na wycenę kuchni, w obu przypadkach w okolicach dwunastu tysięcy. Drogo, jak na mieszkanie pod wynajem. Po wszystkim, wczesnym popołudniem zapakowaliśmy się z mamą i pojechaliśmy odwiedzić Warszawiaków i przy okazji zakupów wyceniliśmy kuchnię marketową Na siedem tysięcy… No to się chyba zdecydujemy.

    Do Warszawy zapakowaliśmy się tylko w trójkę, albowiem tata, w związku z parodniowym wypadem służbowym do Szwecji w niedzielę, nie chciał tracić całej soboty na podróże. No i nie stracił, bo jak wróciliśmy to się okazało, że praktycznie zakończył już prace chodnikowe i mamy śliczną ścieżkę od frontu, aż do ogrodu zimowego.

    Nawiązując dalej do mieszkania, remont w pełni. Wybieramy płytki do kuchni i przedpokoju, łazienki się budują, panele wybrane i zakupione. Coraz bliżej stanu w którym w zasadzie można by myśleć o wyposażeniu mieszkania. W pełni stoi natomiast płot…niestety w tym gorszym znaczeniu, gdyz wysokie slupki pod boisko okazują się być dużym problemem i mamy już tydzień opóźnienia. Zobaczymy co będzie w przyszłym tygodniu.

    Niedzielny dzień ojca, wyglądał tak, że tata Szewczykowy dostał tylko butelkę trunku w ramach przedprezentu przed zażyczoną sobie myjką ciśnieniową. A tata Dąbrowski dostał dużego porządnego grilla i wieczorne towarzystwo dzieci ;)