Author: kamil

  • Pierwsza awaria (kiedyś musiała być)

    W czwartek po południu zjawili się nasi kolejni goście apartamentowi. I wszystko było fajnie, do kiedy przed dziesiątą wieczorem dostaliśmy telefon, że im prąd wywaliło. No i dawaj skrzynkę z narzędziami, samochód i razem z tatą ratować. Zdiagnozowaliśmy uszkodzony bezpiecznik różnicowo-prądowy, którego oczywiście nie mieliśmy – więc musieliśmy gości zostawić na noc w ciemnościach ełckich doświetlanych latarkami, które im pozostawiliśmy. Dopiero następnego ranka się okazało, że bezpiecznik jest dobry, a awarię spowodowała fuszerka ludzi od kuchennej stolarki, którzy podłączyli piekarnik pod jakiś słaby przedłużacz i przy większym obciążeniu po prostu się spalił. Wymiana przedłużacza zlikwidowała awarię, ale płatność za noc już gościom oddaliśmy…

    Gosiowe uszczerbki zębowe naprawione w zasadzie na gwarancji. Dentysta wziął, poczyścił i przykleił za naprawdę niewielkie pieniądze, tylko to co wypadło. I wszystko jest ok, tylko Gosia boi się trochę żuć gumy.

    W piątek Martyna miała swoje trzydzieste urodziny. Ale co to za imprezowanie jak solenizantka w ciąży i pić nie może. Chyba trzeba będzie to powtórzyć, jak już się będzie mogła napić ;). A tak posiedziliśmy sobie we trójkę (bo Karol na miesiąc w Norwegii) wieczorem i pogadaliśmy.

    Weekend minął pod znakiem wykopów, robią się coraz głębsze i dłuższe. Mamy nadzieję, że uda się to dokończyć w ciągu tygodnia i będziemy mogli zaczynać robotę z fundamentami. A później jakoś pójdzie.

  • Pierwsi goście i pierwsza łyżka

    Sporo się działo. W poniedziałek rano przyjechali geodeci, wbiliśmy parę słupków i wytyczyliśmy dokładnie miejsce rozbudowy. I się zaczęło! We wtorek rano – Archeolożka przyjechała, tata zasiadł za sterami koparki i wbiliśmy pierwszą łyżkę w ziemię. Ja wykorzystałem 2 dni wakacji/urlopu, żeby pomagać wywozić urobek. Z tym akurat nie poszło wszystko idealnie, bo zdążyliśmy się w Liskach dwukrotnie zakopać tak, że musiał teść traktorem przyjeżdżać i nas wyciągać. Ostatecznie, postęp w pracach wyszedł nam całkiem spory – wszystko zresztą dokumentowane na time lapsie, po zakończeniu budowy na pewno się nim gdzieś pochwalimy.

    W środę wieczorem zostaliśmy zaskoczeni rezerwację w ostatniej chwili na czwartek. Po sporej panice i konieczności wykorzystania mamy do ostatecznego sprzątania i odświeżenia ręczników -przygotowaliśmy wszystko. Goście byli, zabrali nam jeden ręcznik (ale chyba oddadzą) i mamy nadzieję, że w sobotę odjechali zadowoleni. A my w sobotę ogarnialiśmy sprzątanie przed kolejnymi gośćmi.

    Oprócz panicznego sprzątania czwartkowego, Gosia miała jeszcze jeden alarm, wypadła jej koronka zęba – tego, z pamiętnego wesela. Na szczęście udało jej się załatwić dentystę na cito i chyba koronkę uda się uratować.

    W piątek rodzice wybrali się do Balcerków wypijać im zapasy wódki weselnej. Wrócili na kacu i od razu poszli spać. Ale się zebrali jakoś po naszym powrocie z Ełku na tyle, ze jeszcze kilka wywrotek wywieźliśmy.

    A dzisiaj druga tura wyborów. Pierwsze sondaże pokazują remis, więc pewnie dopiero jutro rano dowiemy się bardziej pewnie kto zostanie prezydentem na kolejne 5 lat. U nas w domu wyszło dokładnie 50% – Miłosz z Olą i ja na Trzaskowskiego, a rodzice z Gosią na Dudę. A propos Miłosza z Olą, od dzisiaj znowu przyjechali i znowu chyba na długo – Gosia przewiduje 2 miesiące.

  • Oficjalnie wynajmujemy

    Wpis z dwóch tygodni, jakoś zeszły tydzień przeleciał i nie było czasu/chęci, żeby cokolwiek pisać na komputerze.

    W zeszłym tygodniu tata oprócz tego, że miał urodziny to dzielnie robił przy fotowoltaice – na tyle dzielnie, że ją wziął i dokończyl. I teraz pięknie się prezentuje taka ściana zaraz przy boisku. Teraz trzeba ją tylko okablować, podłączyć i będziemy mieli własny prąd.

    W piątek mama zakończyła swój przedostatni rok szkolny. Odlicza już w zasadzie teraz tylko dni do emerytury i już nie może się już doczekać.

    W czwartek wieczorem wybraliśmy się do Warszawy na dodatkowe badania Gosiowe – żeby sprawdzić czy z jej macicą wszystko w porządku. Uspali ją, pobadali i teraz czekamy na wyniki. Jeśli wszystko dobrze, to niedługo umawiamy się na kolejne wizyty i zaczynamy in vitro od początku.

    Ten tydzień odbył się pod znakiem sprzątania mieszkania. W poniedziałek wieczorem zebraliśmy się na noc i zostaliśmy w mieszkaniu aż do środu – żeby chociaż trochę poczuć jak się tam śpi i funkcjonuje. Wieczorami ja pracowałem przy hamerykańskich projektach, a Gosia szalała sprzątając wszystko. We wtorek wieczorem przyjechali do nas teściowie razem z babcią i Damianem. Teściowie po raz pierwszy widzieli mieszkanie w stanie wykończonym – wcześniej widzieli tylko gołe ściany przy okazji noszenia płytek łazienkowych. Chyba im się spodobało.

    Po powrocie do Lisek w środę wieczorem z okazji braku okazji do napicia i konieczności jej stworzenia wrzuciliśmy apartament na booking.com i oficjalnie zaczęliśmy go wynajmować. I już w sobotę wieczorem dostaliśmy naszą pierwszą rezerwację – 2 dni pod koniec lipca. Cieszymy się bardzo i mamy nadzieję, że to tylko dobry początek. I chociaż brakuje jeszcze kilku rzeczy – ręczników które czekają na haftowanie, szafki pod tv, czy sztukaterii do zaslonięcia karniszy – to jednak mieszkanie można uznać za gotowe.

    W tym tygodniu udało nam się w końcu załatwić wszystkie formalności i pozwolenia i nareszcie w przyszłym tygodniu wbijemy pierwszą łopatę (chociaż bardziej prawdopodobne, że łyżkę) i zaczniemy rozbudowę agrobory. A czas już najwyższy.

    Wczoraj kolejny Balcerek miał swoje wesele. Balcerkowa może bardziej, Agata wychodziła za mąż. Niestety, koronawirus i obawa o zarażenie spowodowały, że po raz pierwszy odmówiliśmy uczestnictwa. Ciągle trochę żałuję, bo to wesele z wieloma dobrymi znajomymi których nie widzielismy już bardzo długo, no ale cóż.

  • It’s alive!

    Złota Brama powstała. Ponownie. Ale tym razem już oficjalnie jako działalność. I tym sposobem też Gosia została Panią przedsiębiorcą. Teraz dążymy tylko do jak najszybszego rozpoczęcia wynajmu.

    W piątek pojechaliśmy na ognisko do Kuby. Mimo sezonu deszczowo-burzowego udało nam się posiedzieć przy ognisko do północy, zjeść kiełbaskę, napić się i pogadać. I może uda się spotkać kolejny raz już w mieszkaniu.

    W sobotę po śniadaniu zapakowaliśmy się wszyscy i wybraliśmy się na przejażdżkę do Warszawy, a tam planowana mała celebracją urodzin Leona. Miała być większą i w Liskach, ale niestety Forest się warszawiakom mocno pochorował i po dwóch operacjach niezalecana była dłuższa podróż. A dzisiaj już tylko obiad w Borowej, odwiedziny na cmentarzu w Ostrowi i szybki ogląd naszego malego Goldena. Słodkie są.