Author: kamil

  • Walentynkowe saunowanie

    Robienie pączków wymaga jaj. A konkretnie to żółtek jaj. Białka zostają, a przecież nie wyrzucisz. W czwartek Gosia postanowiła, że zamiast standardowego dolewania białek do jajecznicy spróbuje zrobić bezę. Godzinę klęła i ją mieszała, ale beza wyszła przepyszna. Tak dobra, że aż zaprosiliśmy gości żeby nam pomogli ją zjeść.

    Gosia miała też pierwsze przygody parkingowe Toyotą i we wtorek przy cofaniu przywaliła w jakiś słupek. Jest zdolna – samochód z każdej strony czujniki, kamery. Ale to pokazuje, że technologia nic nie zdziała jak się człowiek zaprze. Ale cóż, szkoda zgłoszona do naprawy z AC, na szczęście żaden postronny samochód nie uszkodzony więc powinno pójść bezproblemowo.

    Walentynkowy piątek wziąłem sobie wolne i po odstawieniu Marysi do przedszkola pojechaliśmy załatwiać sprawunki w Ełku. Co prawda pojechaliśmy głównie próbować wyceniać blaty do kuchni, ale z tego nie wyszło wiele i skończy się wycenianiem przez internet. Ale pooglądaliśmy baterie umywalkowe i bidetowe, a nam pooglądali samochód w serwisie i u ubezpieczyciela.

    Wieczorem w Walentynki poszliśmy skorzystać z sauny. Nasza inaugaracja poszła bardzo udanie. Wygrzaliśmy się, napiliśmy winka i uznaliśmy, że ludzie płacą spore sumki żeby się pogrzać a my tak “za darmo”.

    Gosia zabrała Marysię na otwarte zajęcia taneczne, bo widać że dziewczyna lubi się ruszać i śpiewać – spodobały się i chyba zostanie zapisana na cotygodniowe aktywności. A dzisiaj zaproszeni do sali zabaw poczuliśmy kolejny raz, że nam dziecko powolutku dorasta. Może niezbyt chętnie, ale przez jakiś czas bawiła się sama z koleżankami i pozwoliła nam posiedzieć przy kawce i cieście na kanapie.

  • Pączkowy potwór

    Niestety, nie obyło się bez szpitala. Już na czwartkowej wizycie u ginekologa lekarz powiedział, że szpital będzie stuprocentowo konieczny. Pytanie było tylko na jak długo. W piątek rano po odwiezieniu Marysi do przedszkola, zawiozłem Gosię na izbę przyjęć i się zaczęło czekanie. Czekaliśmy cały piątek, całą sobotę i dopiero w niedzielę koło południa leki zadziałały na tyle, żeby Gosia mogła przejść zabieg. Przynajmniej wypisali ją już tego samego dnia. A ja spędziłem weekend z Marysią, o tyle dobrze, że mała jakoś zrozumiała gdzie jest mama i nie sprawiała problemów. I teraz to już zupełnie po wszystkim. Fizycznie nieźle, tylko sami musimy się jakoś pogodzić i zapomnieć. A z tym ciężej.

    Już się wydawało, że nic nie jest w stanie zamknąć buzi Marysi. A jednak. W sobotę Gosia po raz pierwszy w życiu zrobiła z pomocą teściowej pączki. I kiedy Marysia dostała domowego pączka to zapadła cisza. Wżerała z takim zachwytem, że coś czuję że domowe pączki częściej będą teraz robione.

    Mama po raz któryś już chodzi o kulach. Na szczęście nie z powodu wypadku (a przynajmniej nie bezpośrednio), a z powodu artroskopii kolanowej którą sobie zrobiła, żeby poprawić kolano. Zabieg się powiódł techniczne, ale czy kolano będzie działało lepiej dowiemy się dopiero za kilka tygodni – po zdjęciu szwów, ortezy i rehabilitacji.

    Mimo kul dziadkowie wspólnie dzielnie odwiedziali przedszkole, żeby oglądać wnuki w przedstawieniach z okazji Dnia Babci i Dziadka. Najpierw w czwartek u starszaków Leona, a później w piątek Marysię.

    Tata korzystając z kredytu prężnie działa na basenie. Wyrównał już nieckę w przygotowaniu na marcowe foliowanie, zakupił wszystkie sprzęty do maszynowni i planuje montaże, a nawet przymierza się do wyklejenia bloczków do plamiarni. A ja powolutku w domu – prawie wszystko już przyszykowane na malowanie, prawie wszystkie kabelki w patch panelach. Coraz bliżej moment przeprowadzki.

  • Rollercoaster emocji

    Dzisiaj zacząłem pisanie od przeglądania poprzednich wpisów. Praktycznie równo rok temu się cieszyliśmy, a później smuciliśmy nieudaną próbą, pół roku później podejmowaliśmy i cofaliśmy decyzje o rodzeństwie, a w tym tygodniu już ostatecznie – Marysia będzie jedynaczką. Niestety, mimo tego że zarodek był, że ciąża też już była, to lekarka w piątek określiła już to jako poronienie. Teraz tylko czekamy, czy Gosia będzie musiała iść do szpitala. Najciężej kiedy Marysia pyta czy będzie miała siostrzyczkę, ale możemy przynajmniej szczerze powiedzieć, że próbowaliśmy do końca.

    Zacząłem od końca, więc teraz powrót do samego początku – Sylwester. Po raz kolejny spędzony u Czaplickich. Dzieciaki znowu wytrzymały aż do północy, a Marysia była zachwycona fajerwerkami. My też zadowoleni z towarzystwa i imprezy.

    Po Sylwestrze przyszła do nas krótka zima, ale niestety kombinacja mrozu i posylwestrowych butelek na chodnikach skończyła się raną łapy u Karmela. Rana zagoiła się planowo, ale niestety z powodu konieczności zakładania opatrunków odparzyliśmy mu “kciuka” i do tej pory musi chodzić z kołnierzem.

    Prace budowlane ostro do przodu. Tata się zawziął i wziął kredyt na dokończenie basenu. I tak zamówione już całe wyposażenie maszynowni, kupiona folia basenowa i zamówiony fachowiec na marzec. W domu troszkę wolniej, ale cały czas się staram ciągnąć do przodu. Już prawie gotowe na malowanie – kominek obudowany kamieniem przywiezionym z Olsztyna, wnęki na zasłony gotowe, farba gruntująca kupiona. Myślę, że w lutym uda się pomalować dom już na gotowo. Prawie na ostatnią chwilę, bo kuchnia zamówiona na kwiecień!

  • Coraz dłuższe… przerwy

    Tym razem już 2 miesiące. Grzyby już zdążyły zostać wykorzystane na pierogi i zupę, święta zleciały i już tylko kilka dni zostało do Sylwestra. Oj, działo się sporo przez te ostatnie miesiące.

    Marysia dalej ładnie chodzi do przedszkola i nawet niewiele choruje, szczególnie jeśli porównać z niektórymi koleżankami. Zdarzają się jakieś infekcje, z katarem chodzi prawie na okrągło, ale odpukać – nic poważniejszego. Ma za sobą też pierwsze sukcesy – wygrała konkurs plastyczny pod tytułem “Mój przyjaciel miś” (i to nie tak, że mama wygrała!), na święta pięknie się zaprezentowała na występie jasełkowym, przedszkole nauczyło ją skikać. A my tylko dumni. Na jasełkach nie prezentowały się zresztą tylko dzieci, z jakiegoś powodu do pracy zaprzęgnęli też rodziców i my sami wystawiliśmy szopkę. Nawet ja się mogłem zaangażować, bo gdzieś przy okazji zarobiłem późniejszy start w pracy, więc mogłem rano pojechać z dziewczynami, obejrzeć Marysię i samemu wystąpić.

    W końcu udało mi się namówić żonę na jakieś wyjście we dwoje. Trochę mi to zajęło, ale korzystając z urodzin urwaliśmy się wcześniej i pojechaliśmy do Suwałk do knajpy na kolację, a później do kina na film. I fajnie było się wyrwać chociaż na kilka godzin, nie tylko przy okazji załatwiania sprawunków, ale po prostu się pocieszyć sobą.

    Gosia zdiagnozowała w końcu swoje bóle głowy które od jakiegoś czasu ją męczyły i wyszły problemy z ciśnieniem. Dostała jedną malutką tabletkę dziennie która sprawia cuda. Tylko już przyjmować trzeba na stałe. Ale oprócz tego poprawiła też dietę. Przy okazji kolejnych wizyt w Białystoku i starania się o rodzeństwo dla Marysi, jeden z lekarzy zalecił ograniczenie kawy. Gosia z pewnymi oporami, ale przetrwała i nawet kiedy zalecenie przestało już obowiązywać, to piję jedną kawkę dziennie – resztę oszukuje tylko kawami zbożowymi.

    Jesteśmy też wstępnie pozytywnie nastawieni jeśli chodzi o zakończenie starań. To miała być już ostatnia próba. Ostatnia próbka materiału, jeden pęcherzyk od Gosi. Już myśleliśmy, że to koniec, a zarodek się wziął, rozwinął, przeszedł transfer i wygląda na to, że nawet zagnieździł. Zaraz w nowym roku jedziemy na ostatnią wizytę w celu potwierdzenia. Straszno.

    Rzuciliśmy się z tatą na saunę, żeby jeszcze w tym sezonie “zimowym” (bo zimy to były może 3 dni do tej pory) ją odpalić. Udało się częściowo. Można korzystać, brakuje jeszcze tylko paru elementów wykończenia do stuprocentowego zakończenia prac. No i muszę zdiagnozować i naprawić problem ze sterownikiem… Ale rodzice saunę już zainaugurowali i pierwszy seans został odbyty.

    My się nie załapaliśmy, bo w tym samym czasie imprezowaliśmy na tradycyjnie już corocznej imprezie Mikołajkowej u Mateusza i Pauliny. Jak co roku w tym samym gronie, Kawałków, Żebrowskich i podwójnych Szewczyków.

    Święta w tym roku jak nigdy nie u nas. Na Wigilię poszliśmy do Miłoszów, co zresztą okazało się zbawieniem, bo w zasadzie wszystkich rozkładała jelitówka więc dom nie został przygotowany w normalnym standardzie. Pierogów wyszło nam 202. Nie wiemy dlaczego, niby taka sama ilość mąki, niby taka sama grubość i średnica, a pierogów o 50 sztuk więcej. Ale tata najbardziej zadowolony :D