Gosia mnie uświadomiła, że już tytułowałem wpis inauguracją kortu, ale wczoraj mieliśmy taką oficjalną z piłkochwytem, zasypaną w całości piaskiem, oblaną i przetestowaną na okoliczność siatkówkową i tenisową z goścmi (ale zdanie złożone mi wyszło). Wpadli do nas Olafy, Miłosze, Balcerki i Ala. Razem z inauguracją prawdopodobnie zakończyliśmy też sezon letnio-grillowy, który po dłuższej przerwie smakował bardzo dobrze.

Gdyby tylko nie choróbsko. Wszyscy w domu w zasadzie kaszlemy i kichamy – łącznie z Marysią. A ta ma najgorzej, bo nie rozumie pewnie czemu tak ciężko się oddycha. Tylko tata się dzielnie trzyma, a ja z mamą brychamy już prawie 2 tygodnie . Jakoś trzeba żyć.
Marysia nam rośnie, już waży cztery i ćwierć kilo. Chociaż nie rośnie tak jak Letycja – tamta to dopiero… tydzień młodsza, a już cięższa od naszej. W poniedziałek mieliśmy robione pierwsze usg bioder – tutaj wszystko w porządku. Niestety, trochę mniej w porządku jest z jej pępkiem. Ciągle jakaś wydzielina, jeden doktor mówi, że wszystko dobrze, drugi, że może być coś nie tak. Widzimy, że brzuszek ją męczy więc będziemy badali dalej.
W domu rodzice już na poważnie przymierzają się do remontu łazienki, mają wybrane płytki, projekt. Skoro boisko skończone, to niedługo zacznie się kolejna robota…




