Author: kamil

  • Brrr… a to maj przecież!

    Mieliśmy parę dni ciepłych w tym roku – śliczny weekend marcowy, śliczną majówkę. A później się zbiesiło i według prognoz nastał najzimniejszy maj od 30 lat. Wszystkie doniczki chowane na noc, co już w ziemi to okryte, kurtki znowu zimowe – straszne. Dopiero od 2 dni zrobiło się trochę cieplej…

    Fajne mieliśmy plany wakacyjne – wycieczka do Włoch, wylegiwanie się na plaży i trochę odpoczynku od komputera i budowy. Ale niestety, finansowo się nie wyrobimy, a chcielibyśmy zamieszkać w domu jak najszybciej. Albo wakacje, albo kuchnia. Wybraliśmy kuchnię.

    Która się pięknie montuje już w ostatecznym miejscu. Kolorki śliczne, szafki całkiem funkcjonalne. Wygląda coraz ładniej. Powoli wszelkie inne wykończenia też się robią – Marysia ma już umywalkę, kibelek i prysznic, nas prysznic też już częściowo zamontowamy, elektryka ciągle się robi. Zamiast urlopu spędzę 2 tygodnie na budowie. Odpocznę przynajmniej od komputera…

    Odpocznę nawet bardziej niż chciałem, bo dość niespodziewanie zakończył się mój dodatkowy projekt. Trochę zbyt niedpodziewanie i szybko jak na mój gust, bo pozwalał na szybsze finansowanie wszystkich niezbędnych zakupów – a tak kolejna obsuwa.

    Marysia po raz kolejny nad wydoroślała. Po raz pierwszy u fryzjera. Fryzjerka obcięła niby dużo, niby mało – zależy z której strony patrzeć. Ale mała już nie w swoich dziecięcych włoskach, a pięknej ostrzyżonej fryzurze.

  • Taplanie w basenie

    Wielkanoc minęła w zasadzie bez żadnych specjalnych wydarzeń. Ot przyszła, odrobinkę odpoczęliśmy i sobie poszła. Jedyną rzeczą wartą wspomnienia była mała imprezka u teścia gdzie w końcu poznałem Jolę – nową wybrankę.

    W weekend po Wielkanocy panowie z Toyoty podstawili nam na podwórkę Camry – śliczny i luksusowy sedan do testów. Za darmo i nawet sami się do nas zgłosili. Korzystając z okazji i miłego słoneczka pojechaliśmy na wycieczkę do Giżycka przejść się nad jeziorem i wypić kawkę w kawiarni. I wszyscy zadowoleni, łącznię z Marysią która sama zeżarła dwie gałki lodów.

    Ostatnie dni kwietnia mocno intensywne na froncie budowlanym, bo na basen weszła ekipa od folii. Dwa dni, zarobili krocie, ale folia zgrzana, położona i nawet trochę wody nalane (potrzebne technologicznie). Od razu Marysia się wytaplała i nawet zaliczyła rejs pontonem.

    Majówka niezwykle ale z dniem wolnym. A to z powodu wizyty mojej i Marysi u laryngologa. W końcu poszliśmy, żeby dowiedzieć się skąd te ciągłe katary. Podobno jakieś chronicznie niealergiczne nieżyty nosa i się będziemy leczyć sterydami. Zobaczymy, czy da coś cokolwiek…

    Korzystając z pięknej wiosennej pogody zaprosiliśmy też gawiedź liskową na grilla i wszyscy chętnie się zjawili – mimo tego, że zaproszenie było z koszykiem własnym. A, że wszyscy z dziećmi to i zaczęliśmy o nieludzkiej południowej godzinie, a skończyliśmy wczesnym wieczorem. Gdzie te prawie całonocne imprezy? Zestarzał się człowiek.

  • Wiosna! Czy jednak zima?

    Mamy prawdziwie przysłowiowy kwiecień. W zeszłym miesiącu chodziliśmy bez kurtek po zoo, a parę tygodni później kurtki zimowe, śnieg i mróz. I to mimo już tej kalendarzowej wiosny. Na szczęście już chyba na stałe wiosna przyjdzie do Wielkanocy.

    Korzystając z tych paru dni ciepła, Gosia umówiła i załatwiła maszynowe przygotowanie terenu za domem pod trawnik. Przyjechał pan z glebogryzarką, pojeździł godzinę, zainkasował trzy stówki, ale nam oszczędził godzin kopania. Teraz już tylko grabienie, sianie, sadzenie i będzie pierwsza okolica domu zrobiona.

    Karmel po raz pierwszy w życiu trafił do zewnętrznego fryzjera. Jak zwykle psisko grzeczne, panikował trochę jak go zostawiałem, ale smaczki pomogły. Wykąpany i wyczesany – dobry tydzień nie zostawiał sierści na podłodze.

    Budowlanie się dzieje. Basen już prawie gotowy na folię, materiały już przyjechały i była nawet szansa na montaż przed Wielkanocą – ale w ostatniej chwili przełożyliśmy, żeby te kilka ostatnich dni dopracować wszystko do końca. Gosia się też zawzięła (mimo moich próśb) i skuła całą ścianę kamienną na basenie. Teraz pokutuje to bolącymi plecami… Dom pomalowany! Po niewielkiej usterce agregatu która spowodowała tygodniową obsuwę, w sobotę się ubrałem i w łącznie cztery godziny obleciałem cały dom.

    W końcu naprawili auto. Przez kilka dni musieliśmy pojeździć samochodem zastępczym, ale warsztat i tak uwinął się błyskawicznie. I już nie ma śladu wpadki Gosiowej.

    Ruszył wynajem mieszkania. Pierwsze wynajmy przed-sezonowe, ale i wakacje wyglądają nieźle – lipiec chyba już cały i nawet na sierpień coś jest. Oby tak dalej.

    Marysia z gilem. Nie jakimś strasznym, ale na tyle przeszkadzającym, że do przedszkola na razie nie chodzi. Zresztą przedszkole tak zdziesiątkowane ospą i innymi choróbskami, że nawet wycieczkę wilkanocną odwołali. Więc i my korzystamy z tego, żeby Marysię podkurować.

    Planujemy też wyjazd wakacyjny do Włoch do wujka Tadzika. A pierwszym przygotowaniem zostało zakupienie nowego fotelika dla Marysi. Już takiego starszakowego, przypinanego normalnymi pasami. Mała zadowolona, my też – bo trafiła się okazja na dobry fotelik w dobrej cenie, a przy okazji szybki rodzinny wypad do Białegostoku.

  • Iluzoryczna Warszawa

    Znowu cały miesiąc bez wpisów i weź tu ujmij to jakoś składnie, żeby żona się później nie przyczepiła, że nikt tego nie zrozumie…

    Marysia od zeszłego miesiąca co tydzień grzecznie chodzi na zajęcia taneczne. Grupa już jest trochę większa jak na otwartych zajęciach (co mnie trochę dziwi, kiedy otwarte były darmowe). Mała zadowolona, więc kontynuujemy.

    Gosia imprezy urodzinowej nie chciała, Ola też nie, więc dziewczyny uzgodniły tylko wspólne rodzinne spotkanie z tortem. Ale wybraliśmy się z Gosią i Marysią do Warszawy na weekend uczcić urodziny, Dzień Kobiet i pierwszy ciepły weekend wiosny. I przy okazji spotkaliśmy się z Kubą i Filipem, pograliśmy w planszówki, zjedliśmy na mieście, odwiedziliśmy zoo i “muzeum” iluzji.

    Próbowaliśmy też poświetować urodziny saunując z Martyną i Karolem, ale niestety w ostatniej chwili wysypała im się opieka do dzieci i saunowanie odpadło. Dopiero dzisiaj udało nam się spotkać kiedy już całą rodzinką wpadli do nas na obiad.

    Zmusili mnie, żebym w końcu poszedł do alergologa. Wyszło to, co wiedziałem bez sprawdzania – alergii nie mam. Ale dostałem zalecenia na jakieś dalsze działa i możliwą diagnozę na chorobę której nazwy nie pamiętam… zaczynała się na “chroniczny” a kończyła pięcioma słowami na N.

    Mama odłożyła kule i chociaż jeszcze narzeka czasami na ból kolana to rusza się już znacznie sprawniej. Teraz tylko czeka na rehabilitację na lato.

    Ruszyło się pracowo. Ja po raz kolejny próbuję troszkę podreperować budżet budowlany i udało się się dostać projekt wieczorowy. W gorszej stawce, ale i rynek niestety podupadł. Gosia zresztą też, w czasie kiedy Marysia idzie do przedszkola, Gosia zajmuje się Wojtkiem – małym synkiem Marcina i Natalii. Ma trochę stresu, bo dzieciak dopiero osiem miesięcy i wymaga stałej opieki. O tyle dobrze, że jeszcze sporo śpi ;)