Author: kamil

  • Brama się otwiera i zamyka

    W poniedziałek po niewielkiej obsuwie kilkudniowej zawitali do nas panowie od montażu bramy garażowej i załatwili wszystko w tempie ekspresowym. Przyjechali rano, a już koło 14 ich nie było. Za to brama była. Ładna i jaka cicha.

    Dobrze pamiętałem, że jakiś czas temu pisałem już o pierwszych kroczkach Marysi – ale jak się okazuje to nie były prawdziwe pierwsze kroczki. Dopier teraz w tym tygodniu mała sama z siebie podniosła się z ziemi na nóżki i poszła kilka kroków naprzód. Aczkolwiek w dalszym ciągu bardzo niepewnie, a ciągle szuka ręki do trzymania się.

    Cały tydzień bez mamy, w Ostrowi wujek Mirek stracił przytomność, uderzył się w głowę i trafił do szpitala. Wszystko już ok, chociaż dalej chyba nie wiedzą do końca co się stało. Mama pojechała, żeby wspomóc ciocię i trochę ją odciążyć przy opiece nad babcią.

    W piątek Gosia korzystając w niewielkiego okienka zdrowotności dziecięcej pojechała odwiedzić Martynę. I się okazało, że całe przedszkole się tam zrobiło, bo dodatkowo tego samego dnia w odwiedziny pojawiła się siostra Martyny z synem. Może nawet nie przedszkole a cyrk.

  • Pompa ciepła na pełnych obrotach

    Niebywałe są te kalendarze szpitalne. Jak człowiek jest na miejscu i próbuje zarejestrować córkę na kolejny rok na kontrolę oczu to się nie da – bo nie ma jeszcze kalendarza na kolejny rok i trzeba dzwonić w styczniu. A jak się zadzwoni w styczniu, to zapisują – ale już na następny rok! I tym sposobem Marysia na kontrolę oczu jest zapisana na 2024… Dobrze, że nie na rano.

    Poprzedni weekend, pierwszy po chorobie i wszyscy się ruszyliśmy z domu. Mama pojechała do Ełku zobaczyć malutką Laurę, Gosia zapakowałą się w samochód pierwszą imprezę urodziną chrześnicy Mai, a my z tatą w saunie zrobiliśmy sufit. I jako jedyni trochę jeszcze przeceniliśmy siły na zamiary, bo się okazało że mimo braku choroby jeszcze do pełni sił nie wróciliśmy. Ale daliśmy radę! Może to dobrze, że w poprzedni piątek siatkówki nie było…

    Ale za to była w tym tygodni, gdzie już w pełni sił wróciliśmy do chociaż jednej aktywności sportowej tygodniowo! I to w pełnych składach – chyba postanowienia noworoczne na razie wszystkich trzymają.

    Gosia po wielu telefonach i tygodniach w końcu ściągnęła na podwórko wiertaczy gwarancyjnych. Od środy kopali, w piątek wpuścili sondę i już w sobotę podłączyliśmy ją pod pompę. Wszystko działa! Teraz została kwestia pieniężna, ale jak już wykopane to na spokojnie można o tym rozmawiać. I niezależnie od tego co w końcu wyjdzie na pewno będzie taniej niż kopanie odwiertu przez nowych wiertaczy w pełnej cenie – więc opiliśmy sukces.

    Opiliśmy też sukcesy mamy, która po kilku tygodniach dzielnego ćwiczenia w śpiewaniu w piątek wieczorem zaprezentowała się na recitalu grupowym. I podobno bardzo ładnie im to wyszło, niestety razem z tatą się siatkówkowaliśmy, a Marysia mogłaby nie pozwolić Gosi docenić śpiewania (albo sama zacząć śpiewać głośniej). Ocenę opieramy więc tylko na przekazach ustnych.

    W weekend oprócz standardowej pracy okołobudowlanej przeżyliśmy kolejny już dzień babci i dziadka. Marysia wręczyła komplet personalizowanych ręczników – wygląda, że postawiła na praktyczność. No i w końcu wszyscy wybraliśmy się na proszony obiad do Ełku nacieszyć oczy najnowszą Szewczykową.

  • Pełny komplet

    Niestety pełny komplet choróbsk różnych się do nas przypałętał. Ledwo zdążyliśmy wyleczyć RSV na tyle, żeby święta jakoś przeżyć, to zaraz po świętach z podejrzeniem zapalenia płuc wzięli do szpitala Marysię (no i Gosię z automatu też). Nie byłoby bardzo źle, ale z powodu warunków Gosia już po 3 dniach przestawała dawać radę – na szczęście wyniki małej się poprawiły i puścili je do domu. Ale w ciągu tych trzech dni zdążył nam Nowy Rok się zjawić…

    A do tego ledwo dziewczyny wróciły do domu to jeszcze tego samego wieczora gorączka rozłożyła obydwie, następnego dnia dopadła i mnie… Po szybkim teście wyszła grypa, na którą dzień do dniu zachorowaliśmy wszyscy. I tak nam minął pierwszy tydzień roku, gorączka, kaszel, katar i ogólnie zdychanie…

    I niestety apropo zdychania, w drugi dzień świąt stracilismy Bezę. Psies się już niestety mocno posunął w latach i po dniu kręcenia się, wziął i zakręcił w siatkę na boisku… I trzeba było pochować… Został się nam teraz jeden Karmel, ale na razie nie planujemy kolejnego psiska.

    Na szczęście parę dni później już szczęśliwsza wiadomość – Laura przeczekała grzecznie do Nowego roku i urodziła się 7 stycznia w sobotę. Jeszcze jej nie widzieliśmy, ale po wyzdrowieniu na pewno odwiedzimy całą ełcką czwórkę.

  • Pierwsze kroczki

    Po kilku tygodniach od pierwszych kroków przy podparciach nadszedł czas na pierwsze kroczki samemu. Na razie mocno niepewnie i bardzo mocno strachliwie, ale w porywach 4 małe kroczki do mamusi udało się zrobić. Teraz czekamy na więcej.

    W zeszły poniedziałek zacząłem kilka dni “urlopu” – a raczej bardziej wykorzystywania wolnego które mi zostało z całego roku. I od razu Gosia zagospodarowała mi dzień na wyprawę do Ostrowi i Warszawy, odwiedzić rodzinkę i załatwić jakieś zakupy w Ikei.

    Od środy Marysia chora. Wygląda na to, że złapała wirusa od Leona, bo odwiedziliśmy Miłoszów w poprzedni weekend. Tak chora, że skończyło się pierwszym antybiotykiem i tak zaraźliwe, że w zasadzie wszyscy się rozłożyliśmy. Przygotowania do świąt były mocno utrudnione, Gosia niestety znowu nie mogła nic pomóc u taty – w zeszłym roku z powodu kwarantanny, a teraz choroby Marysi.

    My też trochę rozłożeni, ale nie na tyle, żeby nie ulepić 130 sztuk pierogów, razem z masą innego jedzenia. A same Święta minęły jak zwykle zbyt szybko i w ograniczonym gronie – bo z powodu choroby nie dojechali do nas też Przemki.