Author: Gosia Szewczyk

  • Świadkujemy

    Już chyba tak zostanie, że nasze posty są czasowo przesunięte, bo nawet nie ma czasu by je pisać. Tyle się dzieje :) 

    Ubiegły tydzień upłynął oczywiście pod znakiem przygotowań do wesela Martyny i Karola, które to oczywiście minęło tak szybko, że teraz tylko miłe wspomnienia i żal, że już po wszystkim :) alee po kolei: poniedziałek i wtorek Kamil opisał w poprzednim poście :) środa minęła na moim upiększaniu u kosmetyczki, Kamil zaś w tym czasie zdążył się wynudzić, jak również zrobić zdjęcia i złożyć wniosek o wydanie paszportu. Cały czwartek to wizyta w Olsztynie, w którym to Martyna robiła się na bóstwo u zaprzyjaźnionej kosmetyczki a my odebraliśmy suknie ślubną, materiał na kokardy, odwiedziliśmy kino, ponarzekaliśmy na rozkopane miasto, bo im się tam trakcji tramwajowej kłaść zachciało, pojedliśmy, ponudziliśmy. No a w piątek, no a w piątek… poranna wizyta w gminie w celu odebrania mojego dowodu (który to czekał dzielnie prawie rok) i złożeniu wniosku przez Kamila o nowy dowód, bo mu się ważność niedługo kończy. Następnie dzięki podwózce teścia, ja udałam się do Martyny, by pomóc im udekorować krzesła kokardami, godzić ich podczas nerwówki usadzania weselników i wspierać ostatnimi radami. Kamil zaś musiał tylko wyczyścić na błysk jaguara, który to po raz drugi służył za ślubną limuzynę :)

    A sobota, to długo wyczekiwany przez Państwa Czaplickich dzień ślubu. Ojjj pięknie, pięknie nasze gołąbeczki wyglądały i o dziwo podczas przysięgi się nie popłakali, chociaż chusteczki dla Martyny w pogotowiu już były trzymane :) Kościół był pięknie przystrojony, tort weselny smaczny, dodatkową furorę zrobił pyszniutki, że ho ho pieczony prosiak.  A my jako świadkowie staraliśmy się dzielnie dotrzymać im kroku i solidnie wykonywać powierzone funkcje :) Muzykanci grali do 4 rano, odciski czuję do dziś :) Po weselu krótkie after party w apartamencie młodych, o 12 zwolnienie pokoi hotelowych i kurs poprawinowy do Regelnicy, gdzie nie balowaliśmy za długo, gdyż w Liskach zjawił się dziadek Zbyszek z wujkiem Przemkiem, którzy obdarowali Kamila w ramach prezentu imieninowego… ginem, bo już się wieści rozeszły, że mąż mój pić zaczął nie tylko wino. Wieczorem do Miłosza dołączyła Ola, byśmy mogli obejrzeć zdjęcia z bułgarsko-tureckich wojaży, naprzemiennie drinkując z racji ich zaręczyn i planowanego za 2 lata ślubu.

    I trzeba przyznać wspomnianą kiedyś rację Kamilowi, że takie świadkowanie to jednak fajne przeżycie :)

    martyna_karol48martyna_karol184

    martyna_karol204martyna_karol368martyna_karol560

     

  • Awaria szambiarka

    Oczywiście, że jestem “tyranem”, jak to mnie ostatnio mój małżonek kochany zaczął przezywać… bo jak nie nagadam to mąż wpisu nie zrobi, sklerotyk :) więc tym razem bez przypominania zrobię go ja. A co!  

    No to po kolei:

    W lany poniedziałek oczywiście tradycji musiało stać się zadość i oblewanie poranne zakończyło się wspólnym sprzątaniem mokrych podłóg :) Po świętach spotkałam się z Olą, która była również tydzień temu razem z Renią ( a o czym żadne z nas nie wspomniało).  Poplotkowałyśmy, popiłyśmy i się rozstałyśmy.

    W tym tygodniu dotarła do nas również nowa telefonizacja, więc oboje zdążyliśmy spędzić po wieczorze na instalowaniu wszelakich mniej lub bardziej pożytecznych aplikacji, dodatkowo Kamil pozamawiał jakieś ochronne pierdółki, cobyśmy za szybko nie doprowadzili nowego dobytku do opłakanego stanu, a przy okazji robienia zakupów, zaopatrzyliśmy się też w grila, więc na majówkę pogoda musi być! 

    A propo pogody, to wiosna pełną gębą, ciepluśko bardzo, że nawet piątkowe drinki przenieśli z centrum Richmond do baru nad rzeczkę i siedzieli tam bez kurtek i to nie z racji wysokiego stężenia alkoholu we krwi, tylko właśnie z racji z sprzyjającej aury pogodowej.  Poza tym, to nie wiem, czy nie ograniczyć Kamilowi tego piątkowego bilardu, bo się okazuje być to bardzo niebezpieczny dla zdrowia sport, który zaskakuje taką np. Elen, że dnia następnego musi już chodzić z ręką w gipsie…

    W tym tygodniu przytrafiła się nam niemała awaria, która trwała dobre ponad 24h pozbawiając nas możliwości korzystania z łazienki. Na nic zdały się wydane funciaki na przepychaczkę i butle żrącej sody, na nic zdała się moja samotna walka z odetkaniem rur… gówniany problem okazał się nie być po naszej stronie… a po stronie mało inteligentnej babki, mieszkającej prawdopodobnież blok dalej, która spłukiwała pampersy w wc, co zaowocowało zatkaniem się kanalizacji i cofaniem się nieprzyjemności w naszą stronę…no ale są też i plusy, bo prysznic po tej całej akcji to wydezynfekowałam, że hej :P 

    I już tylko niecałe dwa tygodnie dzielą nas do wizyty w Liskach :D

     

     

  • Dzień Kobiet

    Dzień Kobiet – tak więc wpis odświętnie zrobię ja.

    Tydzień w wykonaniu Kamila zleciał w ciężkich zmaganiach pracowych (bo to hakerzy swoje pięć pensów dorzucali w klientowych stronach, a to cuś innego przestawało działać i trza było naprędce naprawiać, więc naprawiał, odhakowywał i przeprowadzał rozmowę kwalifikacyjną (i nie tylko) z kim się dało i kiedy się dało).

    U mnie zaś zleciał tak, że się tylko postarzałam do oficjalnego ćwierćwiecza i pomijając fochy na angoli co to mi nie odpisują na zapytania pracowe gimnastykuję się dzielnie, żeby dodatkowe lata nie przekładały się na dodatkowe kilogramy. Z racji urodzinów mąż sprawił mi (a ja mówię że nam) parowar i teraz zdrowa żywność na całego, choć czasem taki smażony schaboszkak lub karkóweczka robiona dla męża na obiadki kusi, oj kusi :) W tym tygodniu również reaktywowaliśmy nasze bieganie do rangi 3 km x 3 dni w tygodniu i sapiem jak niejeden dziadek o lasce ale postanowienie to ambitne i nie zamierzamy odpuszczać, by do Polski zawitać w niepowiększonej objętości cielistej, a jak w ciut pomniejszonej to chwała nam za to :-)

    Dodatkowo w tym tyg zarejestrował nas Kamil w opłatach za wodę, bo list do Mandany utwierdził nas, że przecież nie ona a my teraz zobowiązani do opłat, tak więc kolejne wydatki narastają a żywiciel rodziny wciąż jeden, bo ja nadal bezrobotna gosposia jestem. Zaś wczoraj była piękna, ciepła, wiosenna pogoda i podczas spaceru mijaliśmy ludziów jak mrówków, zarówno spacerujących jak i porozsiadanych, gdzie się dało i cieszących się z 15°C jak nie lepiej.

  • Bez większych rewelacji

    Takie wpisowo-datowe urodziny, więc dla odmiany wpis dziejszy robię ja, gdyż mąż mój jest “zapracowany” poprzez lenistwo kanapowo-weekendowe :-P

    Otóż tak:

    Wiewióry stają się coraz bardziej przyjacielskie, co wyrażają poprzez wpakowywanie swoich puchatych zadków na nasze tutejsze włości. I nie to, żebym miała coś przeciwko, oj nie :) Jednakże ich liczba zaczyna niepokojąco wzrastać, gdyż z dokarmianej pary zrobiło się niezłe trio, co przekłada się na błyskawiczne opróżnianie zawartości paczki fistaszków, a przeca to jeszcze nie zima!

    W domu bez zmian, może oprócz moich “zdolnosci kulinarnych”, które poszerzają się o coraz to nowsze eksperymenta w kuchni, także Kamil przeżywa czasem prawdziwne “kuchenne rewolucje”.

    Co do pracy to nadal bezrobotna gosposia ze mnie, ale mąż mój za to rozkwita istnie towarzysko i nie tylko, stołując się we wtorek anglijskimi brurgerami na firmowej kolacji (a ja pilnując Oskara i zarabiając kolejne funciory na przyszłe zakupowe szlaństwo)  oraz ziemniakowo-jajecznnym daniem na śniadanie we środę, z racji integracji śniadaniowo-deweloperskiej w Kamilowej firmie.

    Poza tym bez większych rewelacji, chłód na dworze odczuwalny coraz bardziej, co oznacza zbliżającą się zimę i Święta…które to będziemy spędzać tutaj, ze względu na wysokie koszta przelotowe….