Mąż dziś coś nie w formie, na wieczór mu się chorować zachciewa, tak wiec dla odmiany piszę ja! A co!
Cały tydzień (choć mowa była o 3 dniach…) salon nasz okupowany był przez KOTA i Jacke (niestety), która zjawiła się wieczorem by doszkolić Matta w prowadzeniu autem na rzecz środowego egzaminu na prawko, który to zdał przy pierwszym podejściu.
Celebracja była i owszem ale bez naszego udziału. Raz – że chamy, bo nie zaproponowali nawet lampki polewanych alkoholi, a dwa – ja się tego dnia pochorowałam na jakąś wirusówkę-jednodniówkę, załapaną najpewniej od szefuncia (być może dopada teraz Kamila i temu zaniemógł) i o ile dziarsko nafaszerowana różnymi tabletkami poszłam do pracy, o tyle w samej robocie wysiedziałam o 2h krócej, by wrócić rozkładać się z gorączką w łóżku. Dodatkowo w środy Kamil zaczął chodzić na siatki bardziej zaawansowane, rezygnując tym samym z sobotnich luźnych spotkań. Tak więc całe weekendy znów możemy spędzać wspólnie.
Przechodząc do weekendu… w którym to mogliśmy się cieszyć wolną chatą, postanowiliśmy w sobotę wieczorem wybrać się do kościoła, gdyż obstawiliśmy, że w niedzielę po imprezie może być z tym problem. Niestety (i stety) problemów by nie było. Mimo wystrojenia się i bycia gotowym, do owego wyjścia nie doszło… z powodu tytułowego podarcia się psa z kotem i kota z psem… Jednakże rano nastąpiła w przyjemny sposób zgoda, śniadanie niemal francuskie (crossanty z miodkiem i truskawkami), tak więc konflikt definitywnie zażegnany.
Dodatkowo dziś na obiad Kamil zaserwował nam typowy Sunday Roast Dinner, czyli że noge owcy z pieczonymi warzywkami i własnorecznie wykonanym greyvi. MNIAM! 


