Gosia miala caly tydzien wolnego, bo okazalo sie, ze tesciowie Karoliny jednak nie na dwa dni, a na caly tydzien przyjezdzaja. Ostatecznie okazalo sie, ze w piatek moglaby isc do pracy, ale slusznie zauwazyla, ze nie bedzie robic za awaryjna nianie i wymowila sie zaplanowanym dniem.
W tytule napisalem o lenistwie, ale tego to duzo nie bylo. Bylo natomiast mnostwo jedzenia – golabki, nalesniki, rosoly i cos jeszcze chyba… Ja samemu tez nie proznowalem, bo zrobilem pulled pork. Swietna sprawa i jaka zdrowa i tania. A do tego sprzatala, prala, prasowala. A propos sprzatania, to wyglada na to, ze niestety stracilismy juz na stale sprzataczke i jest dodatkowy problem bo nie ma jak sie z nia skontaktowac, zeby chociaz odebrac klucze do mieszkania. Miejmy nadzieje, ze nic sie nie stanie…
W kwestii zywieniowej to dostalismy rowniez zamowienie z musclefood. Pelno zdrowego miecha, ktore od razu poszlo do zamrazarki. I skoro juz o zdrowiu pisze to mamy spore sukcesy na tle fitnesowym. Gosia moze sie pochwalic czterema zrzuconymi kilogramami, a ja osmioma. Sukcesy na tyle duze, ze ja powolutku zaczynam myslec nie tylko o zrzucaniu, ale dodatkowo o zrzucaniu celowym. Nie tylko kilogramy, ale chetniej sam tluszczyk, tak zeby miesni przybylo ;).
Wracajac do tytulu, w tygodniu mielismy walentynki. Wybralismy sie do pobliskiej restauracji francuskiej (Gazzette) na kolacje i calkiem przyjemnie sobie podjedlismy. Zakonczylismy kolacje w lozku, wiec walentynki nalezy uznac za udane :)
W piatek, zona sie zbuntowala przeciwko domowi i zazyczyla wyjscia do klubu. Niedobry to byl pomysl, bo zaczela od wina, ciagnac bimbrem i dokonczyla jednym ginem juz w klubie. I musialem ja odprowadzic do domu jak zwykle narazajac sie na gryzienie i wyzywanie… przynajmniej ladna koszulke zalozyla i milo mi bylo na nia popatrzec.
Na weekend byly plany ambitne, spacer jakis albo muzeum… Kacyk je jednak szybko zrewidowal i spedzilismy sobote w domu, a w niedziele ruszylem sie tylko na standardowa siatke.