Powoli chyba trzeba sie przyzwyczajac, ze transport publiczny w Londynie lubi sobie odwalac. Od dzisiaj zaczal sie strajk w metrze. Lawinowo padla cala komunikacja londynska. Autobusy – przepelnione. Pociagi? Moze i jezdza ale stacje zamykane i ewakuowane z powodu przeludnienia. Taxi? Uber z surgem 3.2 zarobil na nas pelno kasy bo ostatecznie wlasnie tak z Gosia, Mattem i Ioana dostalismy sie do pracy. Jutro rower, bo strajk chyba dalej trwa…
Wspomne jeszcze cos o zeszlym tygodniu, w poniedzialek wizyta w Bialymstoku. Odwiedzielismy Anie z Piotrkiem, Justyne z Michalem i Maliny. Wszyscy z dziecmi. Wracajac z Bialego napotkalismy sniezyce i bylo to zapowiedzia prawdziwej zimy. Od srody przyszly mrozy po -20 stopni i utrzymywaly sie az do naszego wyjazdu. Bylo lekkim szokiem termicznym wystartowanie z -20 i wyladowania w +11. A pogoda tutaj juz typowo londynska – znaczy leje.
Pozostala czesc tygodnia minela mi na pracy, a Gosi na wizytach u rodzicow. I tylko w piatek na siatke poszedlem.
Sama podroz bez wrazen w zasadzie, samolot nie byl opozniony, na lotnisku na spokojnie. Tylko cholercia walizke nam popsuli w trakcie, ale na szczescie nie jest to jakis wielki problem, bo pewnie pieniadze zwroca.
W weekend nie robilismy w zasadzie nic i to tak skutecznie, ze zapomnialem o napisaniu dziennika, dlategoz wpis w poniedzialek.
Od dzisiaj zyjemy fit. Gosia na diecie narzeka, ja licze kalorie. Gadzety wspomagajace zakupione, cwiczenia pierwsze odbyte. Bedziemy jak mlodzi bogowie i mlode boginie ;)