I kolejny tydzien i kolejne dziecko. We wtorek Ani urodzila sie Hania. Podobno jak mamusia, z niewielkimi zawirowaniami pojawila sie na swiecie i jak zwykle Gosi wlaczylo sie ze ona tez tak chce.
W srode Gosia dostala wolne co nie przeszkodzilo jej wyrobic wiecej godzin w tygodniu ode mnie i zarobic slicznej sumki. Umozliwilo jej to 13 godzin spedzonych w czwartek, po ktorych wrocila calkiem wykonczona.
Od piatku zaczal sie szal zakupowy – Czarny Piatek spowodowal ze wszyscy zaczelismy na potege wydawac kase. Mieszkanie powiekszylo sie o nowa konsole do gier, Gosia zazyczyla sobie nowego zelazka i obieraczki do ananasow i czegos na rzesy i dzisiaj jeszcze nowych sukienek.
A sobote zaczelismy od wakacji. Juz wczesniej chyba wspominalem, ze Gosia na moje trzydzieste urodziny zaproponowala wyjazd w cieple kraje. Wymarzyla sobie Malediwy, ale te niestety odpadly ze wzgledu cenowych (5 tysiecy funtow za tydzien pobytu nie wliczajac lotow to jednak majatek). I w sobote udalo sie zarezerwowac wakacje na wyspach kanaryjskich. Blizej, taniej i do tego europejskie zwyczaje pozwola Gosi spokojnie chodzic po plazach topless :D
Zakonczylismy natomiast sobote w londynskim Winter Wonderland – wielkim tematycznym parku rozrywki ktory co roku stawiany jest w Hyde Parku. Wybralismy sie w szostke – my z Gosia, Rich z Vicky i Matt z Katie (mozliwe, ze dziewczyna). Wypilismy morze grzanego wina, pojezdzilismy na kolejkach gorskich, posmialismy sie, zjedlismy i wrocilismy do domu. I plan byl, ze Gosia w rewanzu za zeszly tydzien ubierze sie w sukienke ktora miala i pojdziemy tanczyc, ale znow sie rozlozyla. Tym razem nie z powodu alkoholu, a choroby – cos ja dopadlo i cala niedziele spedzila pod kolderka w lozku. Matt spedzil caly dzien przed konsola. I tylko ja dosc aktywnie, bo pomachalem troche sztanga i jak zwykle wybralem sie na siatke. I dumnym z siebie, zeby tylko chociaz efekty bylo widac.

