Zanim przejdziemy do naszej szalenczej wyprawy moze pare slow o poprzednim tygodniu.
We wtorek Gosia skonczyla prace wczesniej ale zamiast wrocic do domu to wybrala sie z Karolina i dzieciakami na basen. Powylegiwala sie troche i chyba nawet zadowolona byla.
W czwartek natomiast mielismy impreze pozegnalna Jasona, bo juz w piatek byl jego ostatni dzien w pracy. Impreza bardzo przyjemna, nawet Gosia sie zjawila i zdazyla napic. Doprawila sie pozniej z Mattem w mieszkaniu tak, ze pozniej pol piatku zdychala. W piatek po completions zjawila sie Rachel, bardzo milo bylo sie z nia spotkac i pogadac. Krotko niestety, bo trzeba bylo wracac i pakowac sie na sobote.
I w tym momencie dochodzimy do przedluzonego weekendu. Otoz w ramach jego spedzenia postanowilismy pojechac nad morze… ROWERAMI. Szaleni jestesmy. Ponad 110 kilometrow w jedna strone. I dalismy rade! Dupki nas teraz bola, ale pojechalismy i wrocilismy bez wiekszych niespodzianek. Mozemy byc z siebie dumni, szczegolnie Gosia ktora caly dystans przebyla na miejskim rowerku. Szkoda tylko ze pogoda nam nie dopisala.
Znaczy do rowerowania w niedziele i poniedzialek mielismy idealna. Nie za goraco, nie za zimno, troche sloneczka, troche chmur i bezdeszczowo. Ale w niedziele bylo dokladne przeciwienstwo. Wiatr, ziab, deszcz – nad samym morzem spedzilismy moze 15 minut. Dobrze chociaz, ze mielismy dostep do jacuzzi i basenu to troche pomoczylismy sie w wodzie… nie mozna miec wszystkiego.




