Tak wlasnie wygladalo wczoraj nasze mieszkanie. W ramach wymiany kulturowej bowiem ostatni weekend minal pod znakiem polskiego jedzenia i czesciowo polskiego alkoholu. Razem z Alicja przygotowalismy sledzia pod pierzynka, zurek i pierogi z miesem (sztuk 156). Wszystko smakowalo, ale wszyscy zgodnie uznalismy, ze zlym pomyslem bylo spotkanie sie w niedziele, bo alkohol lal sie strumieniami. Lal sie na tyle mocno, ze niestety wyszla natura jednego z naszych gosci, ktory mimo posiadania chlopaka w Polsce noc spedzil z Richem… Jak ja sie ciesze, ze mam fajna zone! Ze wzgledu na pierogarnie i naprawde ogromna ilosc pracy wpis dopiero w poniedzialek.
Oprocz tego tydzien minal mniej wiecej normalnie. Z powodu wyjazdu Karoliny do Polski Gosia miala tydzien wolnego – niestety pogoda zrobila sie prawdziwie Londynska, tak ze az musialem kurtke zakladac… w maju!
We wtorek w biurze sufit probowal zabic mnie, Richa i Maxa. Budowlancy w Anglii sa po prostu do dupy… A propos Maxa, w czwartek wybralismy sie we czworke na wspinanie. Zabawa fajna, ale dwa kolejne dni byly BARDZO bolesne. W piatek zrobilismy kolejnego grilla – ostatni dzien pracy Maxa i w koncu poznalem jego zone. Bardzo mili ludzie i bardzo szkoda, ze wracaja do domu.
W sobote wybralismy sie z Gosia do Kingston i cos czuje ze bedziemy tam witac nawet czesciej. Mimo tego, ze teraz mieszkamy dalej… Pojechalismy szukac maszynki do miesa z ktorej jednak ostatecznie zrezygnowalismy. Wrocilismy natomiast z pudlem czeresni i objedzeni nalesnikami. Targ w Kingston jest bardzo fajnym miejscem, az czlowiek troche zaluje, ze nie udalo sie znalezc jakiegos fajnego mieszkania wlasnie tam, by mozna bylo korzystac z targowego uroku czesciej.