Jak widac wyzej, zgodnie z wszelakimi planami Święta spędzamy we Włoszech. Mijają niestety zbyt szybko… Przyjechaliśmy na miejsce w czwartek w nocy i po krótkiej podróży trafiliśmy do “nowej” parafii wujka. Jest spora zmiana w stosunku do poprzedniego miejsca. Teraz idzie sie u niego zgubić – tyle jest różnych pokoi. Nawet koty mają własną sypialnię i łazienkę! W piątek od razu wybraliśmy się zobaczyć czy wieża dalej krzywa. I jest krzywa. Miała być parada z okazji Nowego Roku (bo w Pizie juz mamy 2017), ale sie okazalo, ze wujek poslal nas nie tam gdzie trzeba. Przynajmniej zwiedzilismy sobie katedre, bo akurat wejscie bylo za darmo.
Po południu przyszla swiateczna paczka z Polski, sekacze, majone, ogorki kiszone – wszystko zeby swieta mialy w sobie tez troche polskosci. No i w sobote kuchnie dzielilismyz Donatella. Ona przygotowywala typowo wloskie lazanie, kroliki po mysliwsku i kurczaki, a my polska salatke warzywna i babke cytrynowa. I juz dzisiaj napychanie brzuchow. Po obiedzie sie ruszyc nie moglem, dobrze się maja sjeste. Pozniej sprawdzilismy szybkim spacerkiem czy morza nie ukradli i odwiedzilismy jeziorko z amfiteatrem operowym.
Oprocz gotowania w sobote wieczorem poszlismy tez na rezurekcje. Tutaj maja ja o 22 i od tej pory zaczynaja swiecenie jajek. I to czesto czekoladowych.
Bledy w pismie nalezy mi wybaczyć, komputer nie chcial sie polaczyc z internetem i pisze wszystek na komorce…


