Nie pamiętam, czy pisałem że po powrocie z Polski trochę chorowałem. Ale moje przeziębienie to nic. Gosia się tak zaprawiła, że najpierw 2 dni nie mogła mówić, a później cały tydzień przechorowała siedząc w domu. Na szczęście teraz się trochę lepiej czuje, więc miejmy nadzieję, że od przyszłego tygodnia już do pracy pójdzie.
W tygodniu nie działo się praktycznie nic, nie licząc środowego wypadu do kina. Nowy Bond miał premierę i nie wypadało nie iść. Tłumy straszne, ale film za to jaki dobry.
W sobotę wypadło Haloween, w niedzielę Święto Zmarłych. Ani jednego, ani drugiego nie świętowaliśmy. W sobotę wybraliśmy się tylko na oglądanie dwóch mieszkań – jedno nawet fajne, przestronne. Problem niestety w ogrzewaniu (bo elektryczne), kurkach (bo dwa) i ogródku (bo nie było). No i zostaniemy na starych śmieciach. Doszliśmy do wniosku, że gdybyśmy tylko w obecnym mieszkaniu mieli dostęp do sypialni, albo było chociaż trochę tańsze to nawet nie byłoby co myśleć o zmianie. Po mieszkaniach przejechaliśmy się do polskiego sklepu i do domu wróciliśmy ostatnim w tym roku promem przez Tamizę.
Próbowaliśmy także zdrowego odżywania. Łosoś na parze z sokiem cytryny i białym winem i ryżem z rukwią wodną. Pyszne! Gosia podłubała trochę łososia i tak się skończył sobotni eksperyment. W przyszłym tygodniu spróbujemy krewetek.
Za to w niedzielę zaszaleliśmy i spędziliśmy większą część dnia w łóżku przed TV. Ot tak, dla podtrzymania tradycji!