Robienie pączków wymaga jaj. A konkretnie to żółtek jaj. Białka zostają, a przecież nie wyrzucisz. W czwartek Gosia postanowiła, że zamiast standardowego dolewania białek do jajecznicy spróbuje zrobić bezę. Godzinę klęła i ją mieszała, ale beza wyszła przepyszna. Tak dobra, że aż zaprosiliśmy gości żeby nam pomogli ją zjeść.
Gosia miała też pierwsze przygody parkingowe Toyotą i we wtorek przy cofaniu przywaliła w jakiś słupek. Jest zdolna – samochód z każdej strony czujniki, kamery. Ale to pokazuje, że technologia nic nie zdziała jak się człowiek zaprze. Ale cóż, szkoda zgłoszona do naprawy z AC, na szczęście żaden postronny samochód nie uszkodzony więc powinno pójść bezproblemowo.
Walentynkowy piątek wziąłem sobie wolne i po odstawieniu Marysi do przedszkola pojechaliśmy załatwiać sprawunki w Ełku. Co prawda pojechaliśmy głównie próbować wyceniać blaty do kuchni, ale z tego nie wyszło wiele i skończy się wycenianiem przez internet. Ale pooglądaliśmy baterie umywalkowe i bidetowe, a nam pooglądali samochód w serwisie i u ubezpieczyciela.
Wieczorem w Walentynki poszliśmy skorzystać z sauny. Nasza inaugaracja poszła bardzo udanie. Wygrzaliśmy się, napiliśmy winka i uznaliśmy, że ludzie płacą spore sumki żeby się pogrzać a my tak “za darmo”.
Gosia zabrała Marysię na otwarte zajęcia taneczne, bo widać że dziewczyna lubi się ruszać i śpiewać – spodobały się i chyba zostanie zapisana na cotygodniowe aktywności. A dzisiaj zaproszeni do sali zabaw poczuliśmy kolejny raz, że nam dziecko powolutku dorasta. Może niezbyt chętnie, ale przez jakiś czas bawiła się sama z koleżankami i pozwoliła nam posiedzieć przy kawce i cieście na kanapie.