Parę lat minęło odkąd pierwszy września coś dla nas znaczył… i nie wiadomo skąd znów oznacza koniec wakacji. Tylko już nie dla nas a dla Marysi, która dzielnie poszła pierwszy raz do przedszkola. Znaczy pierwszy dzień był dzielny, bo kolejne już troszkę mniej. Serce się kraje jak słyszmy jak płacze, bo nie chce zostawać bez mamy, ale musimy być twardzi. Ja już Marysi nie odwożę, bo chyba bym ją przywiózł z powrotem… Minął pierwszy tydzień chodzenia, podobno po miesiący ma być lepiej – ja tylko odliczam do tego dni.
Zeszły weekend był bardzo intensywny. W piątek zabetonowaliśmy szklarnię. Sporo stresu i sporo nowych sprzętów budowlanych, ale wykorzystanych z sukcesem. Wózek do transportu betonu, śmigłowiec do polerowania i na koniec dnia jesteśmy całkiem zadowoleni z efektu.
W niedzielę dożynki gminne. Mimo wyczuwalnej niechęci chyba wszystkich do organizacji przedsięwzięcia, trzy wioski z naszej gminy – Liski, Kaltki i Olszewo – ostatecznie przygotowały bardzo ładną oprawę mszy i nawet wystarczyło na wieczorne integrowanie się nad jeziorem. Szewczyków reprezentowali tym razem rodzice, bo my w podskokach bawiliśmy się na urodzinach Letycji.
Mimo tego, że na wsi już sporo lat mieszkam, z Gosią już też sporo lat razem to na wykopkach wiele razy nie byłem. Nie wiem czy nie wystarczyłyby palce jednej ręki, żeby policzyć i możliwe, że na tym się skończy. W tym roku wykopki błyskawiczne, bo tata zasadził tylko kilkanaście rządków, a nawet odgraża się, że już w przyszłym roku nie posadzi. No cóż, pożyjemy zobaczymy…
Skoro kolonoskopia mi nie wyszła, to tym razem rurkę mi wsadzili z drugiej strony. (Mam tylko nadzieję, że nie tą samą?). I znów nie wyszło nic bardzo złego, aczkolwiek wykryli jakieś tam bakterie, a skoro to one mogły powodować moje problemy żołądkowe, to trzeba je eksmitować. Dostałem antybiotyków na 2 tygodni i się faszeruję baterią tabletek dzień po dniu… trzeba mieć zdrowie, żeby wyzdrowieć.