W końcu pogoda się zrobiła odpowiednia na wodowanie katamaranu w poprzednią niedzielę. Po niewielkich przygodach z masztem i wiatrem wypłynęliśmy na Łaśmiady. Bardzo fajna łódeczka którą do tej pory nie potrafimy zrobić zwrotu przez sztag. Na pewno nie ostatni rejs!
Trochę wcześniej, z racji szybko zbliżającego się terminu tynkarskiego wziąłem trzy dni wolnego, żeby pociągnąć prace na budowie. I całkiem mi to wyszło, chociaż jak zwykle zostały jeszcze jakieś drobiazgi do których staram się wracać w czasie przerw lunchowych. Urlop przydał się też ze względu na zajęcia weekendowe uniemożliwiające pracę.
W zeszłą sobotę Gosia wyprawiła niewielkiego grilla imieninowego – którego z racji strasznej suszy naprawdę zrobiliśmy w grillu, a nie standardowo na ognisku. W tę niedzielę spędziliśmy w Ełku świętując czwarte urodziny Leona. Najpierw dwie godzinki na sali zabaw, a później obiad u Miłoszów.
Dobra wiadomość zdrowotna, Gosia miałą konsultację telefoniczną z neurolożką i potwierdziła przypuszczenia. Na EEG wszystko ok, Marysia całkowicie zdrowa i wszelkie “opóźnienia” wynikają po prostu z jej urody. Zresztą, o jakich opóźnieniach nie da się gadać, bo Maryśka przegaduje wszystkich. I mówi już nie pojedyńcze sylaby tylko, a całe słowa, dwa słowa a nawet próbuje składać coś więcej. I buzia się nie zamyka…