Zaczynamy chodzić

W poniedziałek Marysia nas mocno zaskoczyła, bo chociaż zaczynała już powolutku wstawać i przemieszczać się wzdłuż kanap, tak wieczore wzięła, wstała przy pchaczu i zaczęła z nim chodzić. I oderwać się jej nie dało, latała wte i wewte po korytarzach. Widać jak bardzo chce już chodzić sama.

W zeszły czwartek w końcu udało się wybrać do Olsztyna, żeby zostawić Kię na naprawę zderzaka. Dobrze się złożył termin na szczęście, bo w poniedziałek razem z Gosią i Marysią i tak bylismy umówieni na wizytę u okulisty. I jedno i drugie udało się załatwić bez problemów – samochód odebrany naprawiony, a oczka zbadane i niestwierdzono żadnych problemów z zezem.

W środę kolejny dzień wolny, tym razem żeby zawieźć mamę z Gosią do Giż na odebranie nagród z jakiegoś konkursu wiedzy ekologicznej na który się załapały i wygrały. Jak dla mnie to trochę za dużą uroczystość z tego zrobiono, ale sponsorzy chcieli się pobawić, a nas nakarmili bardzo dobrym obiadkiem – więc narzekać zbytnio nie będę.

Weekendy obydwa miały być dość imprezowe, ale skończyły się odrobinę inaczej. W zeszłą sobotę mieliśmy spotkać się u Miłoszów na jego imprezie urodzinowej, ale Leon odchorowywał zapalenie ucha i odwołali. Udało się dzięki temu popracować, odetkać zatkany odpływ w kuchni, zabrać ostatnie rzeczy od Eli Żebrowskiej przed jej ostateczną wyprowadzką i potwierdzić zatkany odwiert do pompy ciepła… W sobotę też zaskoczył nas mocno Robert, bo okazało się, że jest w Polsce. Przyjechał na dosłownie weekend z Izą, bo ta z powodów zdrowotnych musiała przylecieć do Polski. Iza została, a Robert wrócił, ale przed jego powrotem w niedzielę udało się nam wszystkim spotkać i pogadać.

Ten weekend natomiast zaczął się od piątkowego wyjazdu rodziców, wybyli żeby sprzątnać groby przed 1 listopada i zostać na imprezie w Borowej Górze u Przemków. My w piątek spędziliśmy pół nocy z Marysią – 7 zębów przeszkadza mocno i dobre 4 godziny czytania, bawienia się i zasypiania na stojąco… Słaby termin, bo na kolejny dzień tym razem nieodwołana impreza urodzinowa Mateusza. W zwyczajowym gronie, powtórzyliśmy nawet zdjęcia w tym samych ustawieniach z podrośniętymi dzieciakami. Popiliśmy, pograliśmy w gry imprezowe na konsoli – przyjemnie się tak spotkać.

I na koniec budowlane newsy. Szukamy bramy garażowej, kilka ofert tak zamąciły w głowie, że sama cena bram nie wystarczała i musiałem sobie liczyć przenikalność cieplną, żeby zadecydować… We wtorek nareszcie przyjechali chłopaki i wylali (chociaż bardziej wysypali) posadzki na basenie. I wygląda to już wspaniale, równo, twardo – prawie gotowo. Oprócz zatkanego odwiertu – który tata musiał odkopać i niestety możliwe, że będzie trzeba wiercić raz jeszcze to udało nam się odpalić solary. I mimo strasznych tatowych sprzeciwów, będzie chyba jednak trzeba przyciąć świerki i modrzewie, bo trochę za bardzo wszystko zasłaniają. A ja powolutku szykuję dom pod równanie posadzek.