Marysia co i rusz uczy się kolejnych umiejętności. A to popiskiwanie, a to wczoraj przy próbie nakarmienia kaszką zaczęła wystawiać jęzora. I tak się spodobało, że teraz prezentuje się ciągle. Przynajmniej wiadomo, że nie ma problemów z wędzidełkiem.

Niestety nie wszystko jest idealnie, bo w poniedziałek musieliśmy pojechać do dermatologa – Gosia zauważyła placki wysuszonej skóry i czerwone krostki. Okazało się, że to możliwe uczulenie na jej emolienty więc na razie kąpiemy w czystej wodzie, aplikujemy maści no i zobaczymy czy się rozwinie, czy nie.
Mama dalej w sanatorium, więc musimy ogarniać dom sami. Gosia częściej musi odkładać Marysię do fotelika, ja w przerwach lunchowych jeździć na zakupy, a ociec walczyć ze sklerozą i z Bałamutowa wracać do Ełku po zamówione pizze na obiad. I wieczorami trochę pogadać z Marysią, bo ja dalej ciągnę projekt kanaryjski i pracuję.
Na budowach na razie spokój. Dachówki nie ma i nie wiadomo kiedy będzie, w rozbudowie powolutku z tatą działamy i przygotowujemy kotłownię do zalania posadzki.
A dzisiaj w ramach odpoczynku wybraliśmy się odwiedzić Ewę i Kamila i ich najnowszą pociechę Ninę. Sprowadzili się z Gdańska z powrotem na Mazury i też się budują – tylko z drugiej strony Ełku. Dość szybko im to idzie, zaczęli później niż my, a dach już mają! Posiedziliśmy trochę, pogadaliśmy… teraz już tylko na dwa tematy – budowy i dzieci.