Od wtorku zacząłem pracę na projekcie karaibskim. Ciężko trochę, bo mam całe pół godziny wolnego po skończeniu jednej pracy. Ale im więcej wyrobię w ciągu tygodnia, tym więcej czasu wolnego zostaje na weekend. Na trzecią pracę… bo się i trochę Nowy Jork zaktywizował i tam też muszę trochę pomóc. Ale cóż… kasa potrzebna, żeby pokończyć wszystkie budowy.
W walentynkowy poniedziałek w zasadzie bez żadnego świętowania Walentynek, okazało się jednak, że Miłosze zachorowali na covida. Znaczy się Ola zachorowała, w jakiś sposób mimo dwukrotnych testów Miłosz i Leon negatywni. Ale ona na izolacji, Leon na kwarantannie i tylko Miłosze dzięki szczepieniu wychodzi z domu. Ale mają naszą sytuację świąteczną odtworzoną u siebie.
Jako, że nazbierała nam się lista zakupowa do Makro rozważaliśmy wieczorny poniedziałkowy wyjazd z mamą, ale po przejrzeniu kalendarza okazało się, że tazem z tatą w środę i tam mieli zaplanowany wyjazd do Białegostoku. I wrócili wieczorkiem – z samochodem pełnym zakupów i uśmiechniętą mamą z nowym zębem.
Powolutku zbliża się też termin wymiany Proceeda na kolejny samochód, bo w listopadzie kończy się 3 letni wynajem – ależ to zleciało. Ja bym znowu wybrał coś delikatnie usportowionego, ale Gosia postawiła sprawę jasno. Z psem i córką samochód ma być większy. No to się w piątek przymierzyliśmy do kolejnej Kii, nowego Sportage. Fajny, nowoczesny, wyższy. Ale nie daje w zamian dużo więcej szerokości lub miejsca w bagażniku, więc decyzja dalej niepodjęta.
Weekend jak zwykle przy pracy. Urozmaicała ją tylko wichura która przyszła nad Mazury. Pełno powalonych drzew na drogach, brak prądu. Na szczęście nad dotknęło tylko to drugie, a samych szkód niewiele – może jedna obalona paleta przy rozwalającym się płocie sąsiadów. Ale to się naprawi.