Gosia lata przygotowując się na nieuchronne i coraz bliższe przyjście Marysi. W zeszły poniedziałek zadecydowała o przepisaniu się do lekarza w Wydminach, bo do pediatry mieliśmy wybór albo tam, albo w Ełku. Zadecydowała odległość i fakt, że w razie czego przyjedzie do nas położna. I do tej położnej Gosia teraz jeździ i w zasadzie powtarza kurs rodzenia.
Kupujemy też różne pierdoły w rodzaju naklejek i napisów do pokoju Marysi (pokój babci został w końcu nazwany inaczej), żeby trochę go udziecinnić.
W zeszłym tygodniu minął nam rok z Karmelem. Zadomowiło się psisko, ale po obejrzeniu kilku zdjęć z zeszłego roku… jaki to był cudny szczeniak. A teraz się zrobił wielki psies. Na tyle wielki, że umawiamy się już z nim na kastrację na listopad. Podczas ostatniej wizyty u weterynarza zadecydowaliśmy też, że jednocześnie usuniemy torbiel koło oka, bo kolejny raz nabrzmiała i pękła drenując ropę. Cały czas jest tam gdzieś stan zapalny.

W ciągu tygodnia wyrobiłem godziny kursu prawa jazdy i w sobotę w Suwałkach z jednym błędem zdałem z wynikiem pozytywnym. Od teraz mogę się już wozić wszelkimi motocyklami, ale najpierw musimy naprawić skuter wukowy, żeby czymkolwiek można było.

Proceed po półtora roku użytkowania i prawie czterdziestu tysiącach kilometrów zaczął sprawiać niewielkie problemy i hałasować. Szybka wizyta w salonie i zdiagnozowane do wymiany łożyska przy kierownicy i silniczek ustawiania fotela. Prace niewielkie i na gwarancji, ale na dzień trzeba będzie samochód zostawić.
Korzystając z lata, pomniejszonej paniki koronawirusowej i ostatnich kilku tygodni bez Marysi nie ograniczamy spotkać. W piątek Gosia pojechała na wieczór do Ełku, żeby posiedzieć z Anką przy “piwku”, w poniedziałek skromne świętowania imienin taty Gosi, a wczoraj po pięciu latach w końcu udało nam się spotkać z Malinami. Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy obejrzeć jak mieszkają w Bielsku. I mieszkają ładnie i licznie z trzema córkami. Są takie znajomości, że nawet mimo kilku lat niewidzenia się, można pogadać bez żadnych niezręczności i Maliny to właśnie tacy znajomi.
W domu trochę ciszej, bo Miłosze pojechali świętować rocznicę ślubu nad morzem biorąc kilka dni wakacji. Ale nie mniej roboty, bo dalej lecimy z budowami, powolutku dokładając kolejne rzeczy zrobione. Nie zaczynamy też niczego nowego! (na razie…) Niestety, dalej czekamy na kredyty, więc dalsze szybsze postępy budowlane na razie zatrzymane – i tak wykorzystaliśmy tatę do maksimum i trzeba pospłacać kasę którą założył za nas używając firmowych środków.
Na szczęście mieszkanie zarabia na siebie i Gosię, obłożenie w zasadzie pełne. Gosia dzięki temu może nawet opłacać niektóre rachunki z budowy i zostaje na bieżące opłaty. Na razie inwestycja nie była zła, a dodatkowo powinna nam dać wystarczające zabezpieczenie kredytowe.