Caaały tydzień w Warszawie. W zasadzie na leniu, bo Gosia na urlopie pęczniała od zastrzyków, a ja na urlopie Londynowatym dorabiałem sobie tylko pracując trochę dla Waszyngtona – i w przerwie ukladałem puzzle.
Co 2 dnia woziłem Gosię do kliniki – badania, później punkcja i w piątek transfer. Niestety, mimo tego, że Gosia się ładnie postarała i wybrali z niej aż dwanaście jajeczek, to zapłodniły się tylko 4. I do tego tak słabo, że zamiast jednego zarodka przetransferowali jej aż dwa. Z jednej strony fajnie, bo może będą bliźniaki, z drugiej jeśli coś się nie uda to możliwe, że znowu będziemy musieli wszystko zaczynać od początku…
W zasadzie codziennie wieczorem spotykaliśmy się we czwórkę z Magdą i Filipem i zagrywaliśmy się w planszówki – fajnie tak się odstresować wieczorem.
Gosia w piątek uznała, że mimo tego, że poniedziałek będziemy musli byc w Warszawie, to na weekend wracamy do domu. Trochę ryzykownie, bo mielismy zagrożenie koronawirusowe u Mazurkiewiczów, ale zapakowaliśmy się w samochód i pojechaliśmy.
I mimo planów pracy podwórkowej, niewiele z tego wyszło. Mnie cały weekend boli głowa, deszcz leje i chyba nic się nie zrobi… Tylko pies urósł i się zrobił wielki.