Pierwsza awaria (kiedyś musiała być)

W czwartek po południu zjawili się nasi kolejni goście apartamentowi. I wszystko było fajnie, do kiedy przed dziesiątą wieczorem dostaliśmy telefon, że im prąd wywaliło. No i dawaj skrzynkę z narzędziami, samochód i razem z tatą ratować. Zdiagnozowaliśmy uszkodzony bezpiecznik różnicowo-prądowy, którego oczywiście nie mieliśmy – więc musieliśmy gości zostawić na noc w ciemnościach ełckich doświetlanych latarkami, które im pozostawiliśmy. Dopiero następnego ranka się okazało, że bezpiecznik jest dobry, a awarię spowodowała fuszerka ludzi od kuchennej stolarki, którzy podłączyli piekarnik pod jakiś słaby przedłużacz i przy większym obciążeniu po prostu się spalił. Wymiana przedłużacza zlikwidowała awarię, ale płatność za noc już gościom oddaliśmy…

Gosiowe uszczerbki zębowe naprawione w zasadzie na gwarancji. Dentysta wziął, poczyścił i przykleił za naprawdę niewielkie pieniądze, tylko to co wypadło. I wszystko jest ok, tylko Gosia boi się trochę żuć gumy.

W piątek Martyna miała swoje trzydzieste urodziny. Ale co to za imprezowanie jak solenizantka w ciąży i pić nie może. Chyba trzeba będzie to powtórzyć, jak już się będzie mogła napić ;). A tak posiedziliśmy sobie we trójkę (bo Karol na miesiąc w Norwegii) wieczorem i pogadaliśmy.

Weekend minął pod znakiem wykopów, robią się coraz głębsze i dłuższe. Mamy nadzieję, że uda się to dokończyć w ciągu tygodnia i będziemy mogli zaczynać robotę z fundamentami. A później jakoś pójdzie.