Płot w Liskach gotowy, podłogi w mieszkaniu gotowe, łazienki prawie też. Także powolutku widać światełko. Również na sufitach, bo kupiliśmy pierwsze oswietlenie łazienkowe i kuchenne.
Idą też dalsze sprawy kuchenne i łazienkowe, załatwiliśmy pomiary luster i kabiny oraz kuchni z przyległościami szafowymi. Na kuchnię się naczekamy ponad 2 miesiące, ale przynajmniej będzie dokładnie taka jaką chcemy. A nie marketowa w prawie tej samej cenie…
W środę smutne wydarzenie, bo niestety zmarła ciocia Kazia, siostra babci. Pojechaliśmy na pogrzeb do Ostrowi, zostaliśmy na obiad i wróciliśmy wieczorem do domu.
Na szczęście tydzień nie był tylko smutny. Daleko za górami, we Włoszech, wujka Tadka wypuścili ze szpitala. Wychudzony, ale wygląda na to, że zdrowy. I guz który nie dawał jakichś wielkich nadziei został wycięty w całości, a na żadne przyległości się nie rozpanoszył. Teraz tylko wujka trzeba podtuczyć, wyciągnąć resztę szwów i rurek i pewnie ostrożnie będzie mógł wrócić do normalności.
Pogoda się trochę “zepsuła”, już nie 35 stopni, a 15. Czemu nie mogłoby być umiarkowanie, tylko popada ze skrajności w skrajność? No, ale nie przeszkodziło nam to, żeby najpierw wyprawić grilla w piątek tacie, Gąszczakom i Balcerkom (no, wyprawić to za dużo powiedziane, bo mnie jakaś migrena zmogła), a później w sobotę już nam i Wiolce z Piotrkiem. Posiedziliśmy, popiliśmy, tylko niedziela nam jakoś przeszła niezauważalnie na kacu.
