Aktywność zerowa, ale dalej nie całkiem zdrowi, więc więcej lenistwa.
W środę imieniny mamy. Dostała od nas rączkę szczoteczki, do tej co sobie popsuła. Świętowaliśmy delikatnie przy winku, imprezę zostawiając na sobotę.
W piątek pojechaliśmy do Warszawy wrócić pod opiekę Tomka. Wizyta załatwiona błyskawicznie, ale chyba nas nie pamiętał, bo znowu mówił przez Pan. Parę badań zleconych (kolejny przyjazd do Wawy się szykuje) i skierowanie na wycięcie znamienia na kolanie. Powrót z zahaczeniem o centrum handlowe, w końcu kupiona szafka do łazienki – zamontuję ją w ciągu tygodnia.
W sobotę rano zawiozłem Gosię do fryzjera i dentysty. Wróciła z włosami krótszymi o dobre 10 lat wstecz… dobrze, że z zębami wszystkimi…
W łazience dalej rozpiernicz, ale coraz bliżej końca.