New beginning

Jak z bicza trzasl nasz pierwszy po powrocie tydzien w Polsce. Urlop spedzilismy prawdziwie po Polsku – remontujac co sie da. Ale juz pokoje na gorze odmalowane, graty powyrzucane, przemeblowania pierwsze zalatwione, coraz blizej prawdziwnego domu.

Pudel tez coraz mniej, Gosia wytrwale poswieca czas na uporzadkowanie tego wszystkiego, zeby z rozsadkiem pomiescic sie w szafach i szufladach. I nawet jej to wychodzi.

A teraz juz coraz blizej swieta. Milosz z Ola przyjechali w sobote wieczorem, tez zaciagnieci do roboty od razu (bo sofe trzeba bylo przeniesc). Dzisiaj juz zostalo sprzatanie, ostatnie mini-prace wykonczeniowe (w stylu polakierowania frontu “stolu” co teraz juz stolem nie jest a parapetem i miejscem na lozko) i ulepienie pierogow. Wigilie spedzimy tylko w 6 (“tylko”), wiec rekordu ilosciowego na pewno nie pobijemy, ale wystarczyc dla nas powinno ;)

Oprocz remontowania to praktycznie codziennie odwiedzalismy tez Elk – jedne zakupy, drugie zakupy juz ostatnie, po czym juz ostatnie trzecie zakupy, po czym i tak trzeba bylo dokupowac kilka innych rzeczy. I tylko kasa idzie gotowkowa, wiec nijak czlowiek nie wie co mu sie z budzetem dzieje – musimy to nadrobic.

Ja komputera dalej nie mam, a to juz tylko pare dni do startu mojej pracy w biurze, tez musze podgonic i zamowic cos porzadniejszego. A motywacje na podpisanie kontraktu mam, bonus swiateczny jest i czeka na nowa fakturke, tak zeby UK nie zabralo mi 40% podatkow. A propos UK, uderzyla nas w czwartek wiadomosc, ze Anglia sie przygotowuje do Brexitu bez zadnych umow. Juz sie boje co to bedzie i w ramach zabezpieczen patrze na prace kontraktowe…

Gosia pracy na razie nie ma, musimy napisac CV i zacznie roznosic od nowego tygodnia. A co bedzie to zobaczymy.