Sroda osiemnastego

Niby to piatek trzynastego taki pechowy mialby byc, a nas dopadl pech w moje wlasne imieniny. Zaczelo sie niewinnie, ot normalny dzien w pracy. A wieczorem… Gosia przy lazanii spedzila dwie godziny – najpierw zabraklo jej galki muszkatolowej po ktora odwiedzila dwa sklepy. Kiedy wreszcie z niej zrezygnowala to sie okazalo, ze nie mamy naczynia. Wiec poleciala do trzeciego sklepu.
A ja? Ja pojechalem wieczorem na siatke. Ale wrocilem juz pociagiem… jacys pieprzeni zlodzieje ukradli mi rower spod hali sportowej. Prosto pod kamerami CCTV. Ale jakos mi sie nie wydaje, zebym go jeszcze kiedykolwiek zobaczyl… No nic, nie warto ciagnac wspomnien.
W weekend wybralismy sie na zakupy, tym razem przede wszystkim dla Gosi. I nawet wrocilismy ze spodniczka. I okularami dla mnie.