Za godzinke sie zebralismy. Dojazd na dworzec zabral przewidywana godzinke, niestety juz na miejscu okazalo sie, ze wszystko poopozniane z powodow jakichs problemow z liniami energetycznymi. 40 minut w plecy. Sama podroz bezproblemowa, szybki i wygodny pociag, gry planszowe i jakos te ponad cztery godziny zlecialy. W Edynburgu przywital nas ziab. I ziab razem z deszczem trwal przez cale nastepne dni. Nie przeszkodzilo nam to zdobyc wulkanu, przemierzyc Edynburg z duchami, obejrzec wszystkie zabytki – niestety przyplacilem to katarem… W piatek rano odebralismy samochod i ruszylismy szukac potwora. Z przystankami w St Andrews i Dundee (widoczki i jedzenie w tej kolejnosci). Na wieczor dotarlismy do Inverness, a godzine pozniej Loch Ness gdzie noc spedzilismy w bardzo klimatycznym hostelu z widokiem na jezioro. Potwora nie bylo, ale tez bylo zajebiscie. Kolejna runda planszowek o ktorych w zasadzie chyba nie trzeba wspominac bo bylym w ciaglym uzyciu kazdego wieczora.
W sobote za kierownice posadzilismy Kube i pojechalismy objezdzac inne atrakcje widokowe, miedzy innymi sliczny mostek znany z filmow o Harry Potterze (co prawda uznalismy, ze nasze mazurskie mosty w Stanczykach w niczym nie sa gorsze) oraz najwyzszy szczyt Wielkiej Brytanii – ale darowalismy sobie wchodzenie na niego. Kolejne kilka godzin jazdy i wieczorem bylismy w hotelu pod Edynburgiem skad skoro switem Warszawska ferajna zostala odwieziona na samolot, a my razem z Gosia oddalismy samochod i poszlismy na pociag. Cieszac sie z pieknej pogody chociaz na te ostatnie kilka minut pobytu.
Tym razem bez opoznien odjechalismy, ale zlapalismy pol godziny po drodze – ktos korzystajac z pieknej pogody probowal rzucic sie pod pociag. Ale nie trafil. Bywa.
Teraz tylko zostalo zlozenie filmu z wizyty i przesortowanie miliona zdjec zrobionych przez Gosie, ale nikt nie mowil ze bedzie latwo.
